niedziela, 26 lipca 2020

Wstegeszczu reflektuje: Strona Guermantes, powieść Marcela Prousta

W powietrzu wisi sprawa Dreyfusa. Arystokraci mają do niego stosunek chłodny i obojętny, nie dadzą się wyprowadzić poza konwencjonalne uwagi. Warstwa aspirująca radykalizuje się jednak, aby zdobyć łaski książąt, margrabiów i diuszes. Proust, który w tej części skupia się na dwulicowości ludzi salonu, nie wygłasza płomiennych moralitetów; mimowolna wręcz wzmianka o parasolkach z napisem „śmierć Żydom” noszonych przez francuskie damy mówi jednak o skali społecznego wrzenia.

„Fałsz, zawiść, płaskość, mierność” to główny temat tej powieści, trzeba się więc niejednokrotnie zdobywać na cierpliwość wobec bohaterów oraz ich nikczemnych a głupich dialogów… ale także i samego Prousta.

Z tego, co zdążyłam zauważyć w poprzednich częściach, Proust rozpoczyna każdą kolejną od pewnej zmiany, jaka dokonała się w bohaterach. „W cieniu rozkwitających dziewcząt” oznaczała przebiegunowanie charakterów Swanna i jego żony; tutaj doświadczamy przeprowadzki Proustów z rodzinnego Combray, a także osiągnięcia kolejnego stopnia na drodze do dojrzałości przez samego Marcela (chodzi oczywiście o kwestie artystyczne, kontynuację podjętego już w poprzednich tomach motywu geniuszu aktorki Bermy).

Już na starcie czeka nas spora dawka rozważań o rozstroju między nazwą, żyjącą jako coś całkowicie odrębnego w naszej podświadomości, a rzeczą (podobny problem nurtował, choć nieco później, Czesława Miłosza, co możemy obserwować w wielu jego wykwitach poetyckich). Oczywiście słowa takie jak „Nazwa” czy „Nierozpoznawalne” obowiązkowo wielką literą, właściwą filozofii (na szczęście tylko na początku, więc proszę się nie przerażać), zdania ciągną się niezliczonymi wtrąceniami i enumeracjami. Ach, i jeszcze jedno – nigdy nie słyszałam, aby ktoś zestawił ze sobą słowa „wagnerowska radosna słodycz”; tutaj Proust przechodzi sam siebie.

Słowa te nie są w stanie zaistnieć obok siebie w warunkach normalnych, to jest „po trzeźwu” i w temperaturze pokojowej. Chyba, że ma się na myśli ściśle i wyłącznie uwerturę do Lohengrina.
Mało to jednak znaczy, że przy każdym wysłuchaniu Wagnera nabiera się ochotę na małą napaść na Polskę (tak przynajmniej twierdzi Woody Allen), mało to znaczy, że poszczególne arie, dajmy na to, Izoldy, rozpoznaje się po natężeniu dudnienia i krzyku?
Marcela Prousta, który uważał, że osobę ukochaną rozpoznaje się we śnie po ilości doznawanego bólu, można posądzić w tej kwestii o odrobinę masochizmu.

Bardzo urocze i zabawne wydawały mi się rozmowy Franciszki i młodego lokaja. Był to inny rodzaj rozbawienia, niepodobny do tych ostrych point amerykańskich mówców, poprzedzonych minutami narastającego napięcia. Proust nie jest jak entertainer, z wysokości sceny fabrykujący momenty, które już dziś zmienią moje życie. Owszem, zmienią – ale będą je przeżerały stopniowo.
Tymczasem siedzimy razem, a on snuje gawędę, której źródło jest w wysiedzianych pokątnie godzinach, pełnych nudy i rutyny. I on wie, że ja się ze swojego siedzenia nie ruszę, że nie śmiem urazić dobrego kolegi. Spokojnie więc przedstawia jedną komiczną cechę lokaja w kilku odsłonach, w pełnej rozciągłości.

W dalszej części temat służby zniknie z kart książki niemal zupełnie, oddając pole do popisu arystokracji.

Myli się ten, kto jako najważniejszy wyróżnik „Strony Guermantes” podał „piękno niektórych zdań”, które „zapierają dech w piersiach”. W tym tomie nie doświadczymy już zapachu magdalenek, ekstazy pełnych, soczystych zdań, nasycenia potoczystym wyznaniem o chwili, w której dźwięczą dzwony Combray. Tutaj zmysłowe doświadczenie teatru, a przede wszystkim fascynacja arystokratami, którzy ukrywają się we wnękach operowych niby tajemnicze ryby, prowadzą nas wprost na salony, odzierane stopniowo z wszelkiego wdzięku.

Mam za złe Proustowi przywoływanie dość banalnego motywu z drugiej części „W stronę Swanna”, to jest bezgranicznej miłości człowieka szacownego do kobiety upadłej. Trochę inaczej jest z uczuciem Marcela do księżnej Guermantes, które z początku postrzegałam jako tanią donkiszoterię. To jednak jedynie pretekst, który pozwolił Marcelowi wedrzeć się na salony i ukazać kontrast między szlachetną fasadą a brudną i pospolitą naturą bywającej w nich warstwie społecznej. Dobrze też, że w całej tej plątaninie bohaterów jest pewna postać centralna; postać, której sposób życia jest, możnaby powiedzieć, śmiałą tezą, przez cały czas konfrontowaną z innymi bohaterami.

Największym problemem (zarówno w Prouście jak i czasem w życiu) jest to, że  jesteśmy zalewani słowami, wypowiadanymi podczas niekończących się raut, przyjęć, obiadów. Nie mają one żadnego sensu i potrzebujemy, aby narrator poprowadził nas za rękę na wyższe poziomy abstrakcji, gdzie okazuje się, że słowa są jedynie wyrazem walki o dominację, słabostek charakteru lub maniery intelektualnej. Dekonstrukcja tych ukrytych motywów to coś, w czym Proust jest naprawdę zręczny.

Czy warto czytać Prousta z przyczyn innych niż osobliwy snobizm? Pierwszą część na pewno, każdy powinien spróbować. Drugą też jestem skłonna polecić. Trzecią – cóż, jesżeli jesteście związani osobistą przysięgą, macie zbyt wiele czasu i przepełnia was determinacja – czemu nie? W pozostałych przypadkach nie wydaje się to zanadto ...optymalne.

Jeżeli ktoś się nie zgadza lub też zgadza się, ale (...), lub też wyraża jakąkolwiek inną myśl, zapraszam do dyskusji w komentarzach.


 




sobota, 13 kwietnia 2019

O rozwoju symfonii u Beethovena wierszem

W pierwszych dwóch symfoniach Ludwig Haydna naśladował,
do rygorów Manheimu jeszcze się stosował,
(starał się). Trzecia symfonia jest dziełem przełomu
w heroiczne tony uderzył bez pardonu.
Wstępnie ją Napoleonowi dedykował
lecz gdy ten cesarzem się ogłosił, szybko zrezygnował,
choć podarł, zmiął, wyrzucił stronę tytułową
na szczęście pozostała dalsza część utworu.
W drugiej części świadek rewolucji horroru
– marsz żałobny. Choć wolny, jednak się nie dłuży:
to pierwsza część symfonii wciąż słuchaczy nuży
rozbudowaną formą sonatową. Zwłaszcza
przetworzenie wiedeńskiej zwięzłości uwłacza.
W czwartej części zabłysnął formą wariacyjną.
W piątej symfonii ujawnił biegłość kompozycyjną;
zespolił formę poprzez jedność tematyczną,
wplótł we wszystkich części warstwę symboliczną
„motyw losu”. Przeznaczenie puka cztery razy.
W drugiej części liryczne snują się obrazy.
W trzeciej dla zasady zbuntować się trzeba:
pisze scherzo i trio, menueta nie da.
W czwartej budzą się niektórzy instrumentaliści:
piccolo, kontrafagot, zacni puzoniści
Może ich na ćwierć etatu zatrudniają…
Niektórzy w „Pastoralnej” rolę otrzymają,
chociaż skromną, to jednak: piccolo, puzony
grają, kontrafagot podobno do dziś obrażony.
Beethoven zamyślił się: trochę mu umyka,
że zdrowie nie pozwala posłuchać strumyka.
Wśród pogodnych uczuć nawet śpiewać próbuje,
grupa wesołych wieśniaków z niego żartuje.
W VII symfonii sumiennie działał rytmicznie;
synkopy, motywy powtarzał, podkreślał części metryczne
bardziej niż zwykle, kontrasty umieszczał dynamiczne,
aż tu nagle forte fortissimo
rzucił z rozmachem Bachusa, furioso,
Wagner nazwał symfonię tańca apoteozą.
Później musiał odpocząć nasz Becio od dzieł genialnych
ciężkich, dramatycznych, za to niepowtarzalnych
napisał „swoją małą symfonię w F-dur”,
jak wspominał żartobliwe, w 4 miesiące skończone
dziełko, co bez echa przeszło. Lecz chwały moment
nastąpił: po tym poście od tempa wolnego
i większych udziwnień formalnych, poszedł na całego:
do symfonii IX wykonawców zebrać
to jak gołymi rękoma wieżowiec rozebrać
w pierwszej części udało się zdrowe zmysły zachować,
po długiej codzie, niestety, umysł zaczął chorować.
Przed częścią wolną scherzo umieścił
– nic to. W czwartej chór się pomieścił,
kantata, poezja Schillera, trójkąt, talerze,
bęben wielki, wszystko się przyda? Nie wierzę.
Dobrze, że choć krowie dzwony zostawił w spokoju
żeby już doszczętnie nie popsuć nastrojów
publiczności. Sam Beethoven miał trudność, by określić
jakiego gatunku są w czwartej części treści,
więc zdecydował się na wariacje kantaty niemieckiej
z domieszką sonaty (śladowe ilości muzyki tureckiej),
a także większą wersję fantazji chóralnej.

Gdyby komponował choć trochę normalniej,
miałby wygody za życia: bogactwo, uznanie,
nie z ekscentrycznego głuchego podkpiwanie.
Lecz on jak z gliny lepić gusta ludzkie wolał,
niż być lepionym – o wolność wołał.

sobota, 10 marca 2018

"Cztery" Rozdział 12 (ostatni)

Rozdział 12.

Nidalei otworzyła oczy, próbując przypomnieć sobie, gdzie się znajduje. Spojrzała na śpiącą Magnolię i na żarówkę zwisającą na kablu z sufitu. Zapaloną. No tak, zapomniała zgasić światło po wczorajszej rozmowie.

Wstała, błyskawicznie ubrała się i obudziła koleżankę. Była bowiem przekonana, że każda przespana godzina dnia to marnowanie czasu, należy więc skrócić tę czynność do minimum. Kiedy Magnolia była już gotowa (to znaczy ubrana i rozbudzona, ale brudna jak wcześniej), postanowiły pójść do kuchni i przygotować śniadanie.

– Oczywiście, jeżeli ten chomik ma jakieś ludzkie pożywienie - powiedziała Nidalei.

– A…Ale podobno…W każdym razie Kora mówiła, że to lisouszka krecionoga.

– I co jeszcze – prychnęła. – To, że spotkałyśmy w lesie gadającego gryzonia i akurat Kora potrafiła się z nią porozumieć nie znaczy jeszcze, że się na czymkolwiek zna!

– Ale ona wygrała prawie 20 nagród w konkursach przyrodniczych – Magnolia przestępowała z nogi na nogę nie wiedząc, co mówić dalej.

Ostatnio nie poznawała przyjaciółki. Kiedyś wydawała jej się ideałem, wzorem, którego nigdy nie dosięgnie, ale teraz…Pewnie ta podróż źle na nią wpłynęła. Tak. Muszą po prostu wrócić do domu i wszystko wróci do normy.

Powlokła się za Nidalei do kuchni, gdzie czekała już Kora. Wyglądała strasznie: całe ciało pokrywało zaschnięte błoto, miała wory pod oczami, a rude włosy pozlepiały się w strąki. Kiedy ją spotkały opierała brodę o stół, siedząc w dziwnej pozycji.

Nidalei zakryła usta dłońmi.

– Jejku, Kora, co ci się przydarzyło?

– Ja po prostu…nie mogłam zasnąć w nocy i…no wiesz…

– Ach, no tak – przytaknęła ze zrozumieniem Nidalei. – Wiem, co czujesz. Sama cierpię na bezsenność i znam ten ból, kiedy nie masz już na nic siły, a i tak nie możesz zmrużyć oka, zaś nad ranem budzisz się z błotem we włosach. Składam ci wyrazy s z c z e r e g o współczucia.

Kora mruknęła coś w odpowiedzi i uderzyła głową w stół.

Następne godziny upłynęły im na spożywaniu śniadania i oglądaniu domu lisouszki. Berta chciała pokazać im Lisouszon, czyli podziemne miasto lisouszek, ale Kora źle się czuła (cóż za niespodzianka) i postanowiły spędzić ten dzień na powierzchni. Pogoda im sprzyjała: było ciepło, wzięły więc pikerilaszcza (coś w rodzaju dużego koca do pikników) Berty i rozsiadły się wygodnie. Magnolia tworzyła krople wody, a Nidalei wiała w nie tak, aby zalśniły w blasku słońca. Mimo psujących się ostatnio relacji cieszyły się, że nie muszą ukrywać przed sobą mocy. Kora też osiadła na pikerilaszczu, ale nie rozmawiała z nimi. Czytała pożyczoną z biblioteczki Berty ,,Pieśń o Haganie i Wolundzyi” (pięknie ilustrowany egzemplarz w twardej oprawie). Przez całe przedpołudnie nie wiedziały, gdzie się podziewa Ori-Ann, ale około godziny 12.00 sama do nich przyszła.

– Posłuchajcie. Mam tutaj księgę Kory wraz z ostatnim listem, o którym nam nie wspominała.

– Zapomniałam o tym…Chwileczkę, czy ty grzebałaś w moich rzeczach?

Ori-Ann zmierzyła ją wzrokiem.

– No cóż, nic się nie stało, wszystko w porządku. No…Eeee…Więc po co właściwie tu przyszłaś?

– Znalazłam ostatnią płytę. Możemy już teraz po nią pójść.

– Dlaczego sama jej nie wzięłaś? – powiedziała Nidalei, niechętnie wstając. – Myślałam, że ktoś taki jak ty, uczennica SAiO rzucająca nożami potrafi po prostu wziąć płytę.

Ori-Ann zastanawiała się przez ułamek sekundy.

– Chciałam na was poczekać. Zresztą…Chodźmy już.

Dziewczyny podążyły za nią.

Nidalei nie mogła doczekać się znalezienia płyty. Miała już dość tej wędrówki i chciała wrócić do szkoły. Magnolia odczuwała niepokój i przerażenie. Intuicja podpowiadała jej, że zdarzy się coś złego. Kora zaś szła jak na ścięcie. Dobrze wiedziała, co się stanie. Powietrze było ciężkie i prawie nie mogła oddychać. Cały czas patrzyła na Ori-Ann, jak idzie dziarsko na przedzie i myślała:

,,Dlaczego?”

i:

,,Kiedy?”

i:

,,Jak mogłam do tego dopuścić?!”

Tysiące słów kłębiło się w jej głowie tak, że nie potrafiła myśleć logicznie. Niebo przykrywała zasłona szarych chmur, przez którą nie było widać słońca. Liście drzew lekko szeleściły.

Marsz nie trwał długo. Płyta, o której mówiła czarodziejka ognia, leżała tuż pod drzwiami do domu lisouszki.

– Doprawdy, to takie trudne, po prostu podnieść płytę? – prychnęła Nidalei.

– Nie, ale chyba nie czuję się godna dostąpić tego zaszczytu – Nidalei zmarszczyła brwi, próbując doszukać się w jej wypowiedzi ironii. Po chwili jednak zaprzestała domysłów i podniosła ostatnią, fioletową ćwiartkę kamiennej płyty.

– I…co teraz?

– Chyba mam pomysł – powiedziała Ori-Ann. – Podajcie mi wszystkie płyty.

– No dobra – Nidalei podała jej swój kawałek.

Ori-Ann zwróciła się do Kory.

– Wiesz, co masz robić.

– Tak, wiem – warknęła rudowłosa.

Oddała jej czerwoną i niebieską płytę, należące do ognia i wody. Wyciągnęła też z torby zieloną – pierwszą, którą znalazły – i przez chwilę trzymała ją drżącymi dłońmi. Nie chciała, żeby piękna przygoda skończyła się w ten sposób, ale podejrzewała, co mogłoby się stać gdyby ich nie oddała.

Ori-Ann ponagliła ją.

Kora wyciągnęła rękę.

Ori-Ann wzięła płytę.

– Było miło, ale…Chyba już czas na mnie. I odbiegła.

Nidalei zaczęła ją gonić, ale Kora powstrzymała ją.

– Puść mnie! Ta szuja Ori-Ann nas okradła! Musimy ją zatrzymać!

– Ale to nie była Ori-Ann – powiedziała Kora.

C.D.N.

środa, 28 lutego 2018

"Cztery" Rozdział 11

Rozdział 11.

Przeszukała sypialnię. Zajrzała do większości pomieszczeń, zapytała lisouszki. Nie, to nie był żart. Ori-Ann naprawdę gdzieś zniknęła. Zrezygnowana Kora usiadła na łóżku. Gdzie ta dziewczyna się podziewa? Lubiła niezależność, ale żeby tak wyjść bez słowa?

Czarodziejka ziemi nie wiedziała, co robić. Ostatnio miała wrażenie, że traci grunt pod nogami. Coraz mniej wędrowały. Nidalei była ciągle zmęczona, Or wymykała się z grupy. Ostatnio wróciła po dwóch godzinach! Berta (przynajmniej po części) miała rację. Powinny jak najszybciej wracać do szkoły, w przeciwnym wypadku może dojść do tragedii. Właśnie dlatego należy doprowadzić sprawę do końca. Uratować Lotosowy Świat i mieć to z głowy.

Kim jest Goldrea? Czy w ogóle istnieje? Kto włożył listy pomiędzy karty książki? Czy istnieją jeszcze jacyś czarodzieje? Co stanie się, kiedy znajdzie się ostatnia ćwiartka płyty?

Te i inne pytania cisnęły się do głowy Korze, a ona nie potrafiła odpowiedzieć na żadne z nich. Wyjęła ze swej skórzanej torby księgę i otworzyła ją. Przypomniała sobie, jak zobaczyła ją po raz pierwszy na najwyższej półce w szkolnej bibliotece. Pamiętała, jak otworzyła ją, przewertowała dokładnie (strony były puste) i znalazła kartkę ze wskazówkami. Uznała wtedy, że znajdzie pozostałe czarodziejki podczas festynu i przekaże wiadomość. Z księgi wyleciała biała karteczka. Kora załapała ją w locie i spojrzała na napisane starannie czarnym atramentem.

,,Czwarta płyta jest dużo bliżej niż myślisz.”

Nie wiedziała, jak zareagować. Jeszcze kilka dni temu cieszyłaby się, ale po rozmowie z lisouszką ogarnęły ją wątpliwości. Była tylko jedna osoba, z którą mogła o tym pomówić: Ori-Ann. Kora postanowiła ją znaleźć.

Cichutko wymknęła się z sypialni. Szła długim korytarzem w stronę wyjścia. W niektórych pokojach paliło się światło, dlatego za każdym razem kiedy przechodziła obok drzwi przeszywał ją dreszcz. Co by było, gdyby lisouszka ją odnalazła? Wydawała się przyjazną osobą, ale…

W ciemności wszystko wydawało się straszne. Niewyraźne kształty tuż nad jej głową, lampa kołysząca się w kuchni i cisza, przez którą słyszała tylko swój oddech i kroki. Przeszła po krótkich schodach, otworzyła drzwi. Wyszła na zewnątrz. Księżyc świecił jasno, zobaczyła obłoki pary unoszące się z jej ust.

,,Przymrozki? W czerwcu?” – mruknęła, starając się zachować resztki zdrowego rozsądku.

Przeszła się w jedną i w drugą stronę. Nie chciała iść dalej, bała się, że zabłądzi. Skoro wyszła na dwór, musiała znaleźć Ori-Ann. Gdyby się teraz poddała, jej ryzyko poszłoby na marne. Poza tym nawet uczennicy SAiO może grozić niebezpieczeństwo. Musiała zatem rozejrzeć się po okolicy, a nie chciała oddalać się od domu Berty. Spojrzała na drzewo, to samo, pod którym znalazły drzwi do nory. Niewiele myśląc, zaczęła się na nie wspinać. Przy świetle słońca poszłoby jej lepiej, mimo to weszła na szczyt. Spojrzała w niebo i poczuła, jak daleko jest od domu i Akademii.

Nagle spostrzegła smugę dymu unoszącą się nad drzewami. Od razu skojarzyła jej się z Ori-Ann, dlatego zeszła z drzewa i poszła w tym kierunku. Robiło się coraz zimniej, w dodatku miała wrażenie, że z tej nieprzeniknionej ciemności zaraz coś wyskoczy. Mimo strachu doszła do miejsca, z którego widziała ognisko. Od tego miejsca czołgała się między krzewami, przy okazji brudząc całe ciało błotem i przylepiającymi się do niego liśćmi. Kiedy zbliżyła się jeszcze bardziej, zobaczyła Ori-Ann.

Dziewczyna stała w środku ogniska. Języki ognia lizały jej skórę jak kartkę papieru, ona sama zaś drgała niczym powietrze nad ogniem. Było coś nieludzkiego w tej postaci, która stała w płomieniach, która błędnymi oczyma wpatrywała się w dal.

Kora wycofała się najciszej jak potrafiła, a kiedy była już pewna, że Ori-Ann jej nie widzi, puściła się biegiem do nory lisouszki. Wpadła do sypialni i zaczęła wertować wszystkie listy jakie znalazła w księdze, od samego początku aż do teraz.

,,Jak mogłam tego nie zauważyć” – pomyślała.

środa, 14 lutego 2018

"Cztery" Rozdział 10

Rozdział 10.

Czarodziejka ziemi przekradła się do pokoju Nidalei i Magnolii. Weszła bez pukania. W środku było ciemno jak w grobie.

,,Już zasnęły?” – pomyślała. – ,,To wydaje się logiczne, że po całym dniu…Ale znając je raczej gadały do późnej nocy.”

Popatrzyła (choć ciężko powiedzieć, żeby mogła cokolwiek dojrzeć) wokoło. Słyszała jakieś szmery w sąsiednim pokoju. Zrobiła krok w przód i prąd powietrza popchnął ją na ścianę.

Zapaliło się światło. Kora podparła się ręką i spróbowała się podnieść. Zamrugała oczami. Jej głowa pulsowała.

– Co tu się…Kora, co się stało?! – Nidalei cofnęła się o krok. – Nie, nie…Tylko nie to…Wstawaj, przecież nic ci nie jest!

Kora usiadła z trudem i zakaszlała.

– Czemu płaczesz? – spojrzała na zaczerwienioną twarz znajomej.

– Nie płaczę. Po prostu wydawało mi się, że cię zabiłam albo…cokolwiek.

– Jak to?

– Ojejku…Kiedy weszłaś do pokoju, nie wiedziałam, że to ty. Powiedzmy, że nie czuję się ostatnio bezpiecznie. I wiesz co? Ta cała Berta może mieć rację. Bez sensu jest ta cała podróż. Teraz żałuję, że się zgodziłam. Myślę, że obie – spojrzała na przyjaciółkę. – Nie powinnyśmy się w to mieszać.

– Jeśli już o tym mowa – wtrąciła Kora. – To czy Magnolia się nie obudzi?

– Nie, ma mocny sen. Ale ściszmy głos, żeby ten chomik nas nie usłyszał?

– To lisouszka krecionoga! – oburzyła się uczennica Szkoły Zielarsko-Przyrodniczej, ale potem mówiły już szeptem.

Przez chwilę tłumaczyła obyczaje tych stworzeń, jak np. zasadę 17-stu słów (przed przejściem do sedna trzeba powiedzieć 17 wyrazów), czy hejnotopia (posiadanie poglądów na każdy możliwy temat). Lisouszki nie stosowały powitań i pożegnań tak jak ludzie. ,,Witaj” mówiły tylko do nowo narodzonych lisouszątek, ,,Żegnaj” nie używały wcale (wynikało to ze starodawnych wierzeń). Jednym z najważniejszych podań była ,,Pieśń o Haganie i Wolundzyji”.

– Kiedy Wolundzyja patrzyła na śmierć Hagana, on powiedział, żeby się nie smuciła, bo nie opuszcza jej na długo.

,,Nie wychodź na łąkę

nie szukaj mnie w norze

myśl, że

wyszedłem na spacer”

Aż się łezka kręci w oku. No na co się gapisz! To jest literatura najwyższych lotów! Powiedz, czy zwykły chomik napisałby coś takiego?!

– Nie…– Nidalei była odrobinę zdziwiona pasją w głosie koleżanki i rozległą wiedzą na temat lisouszej kultury. – Ale chyba nie po to tu przyszłaś.

Kora otrząsnęła się ze wzruszenia i przypomniała sobie, o czym miała powiedzieć.

– Przypomniałam już sobie, o czym miałam powiedzieć. Rozgadałam się o tych lisouszkach, po za tym rzuciłaś mną o ścianę…Trochę mnie to rozproszyło. Skoro nie ma już nic, co mogłoby nam przeszkadzać: dlaczego zgodziłaś się na te chore warunki?!

– Dzięki nim mamy jeszcze dach nad głową! Czy ty zdajesz sobie sprawę, co my właściwie robimy? Cud, że jeszcze się nie pochorowałyśmy. Jeżeli przeżyjemy, czeka nas piekło w szkole. Na razie mamy wspaniałe, fantastyczne, ekstra, super, świetne, fajne, niebezpieczne, aczkolwiek ekscytujące, niesamowite przygody, ale magia nie uchroni nas przed śmiercią. Tutaj mamy przynajmniej zapewnione bezpieczeństwo i elementarne wygody. Nie myłyśmy się chyba od trzech dni!

– No właśnie! Od trzech dni nie jadłyśmy kotletów mielonych!

– Wiesz co? – Nidalei spojrzała na Korę z zażenowaniem. – Uważam, że Berta miała rację. Nie powinnyśmy się w to mieszać.

– Poddasz się teraz, kiedy już prawie osiągnęłyśmy cel? Została nam jedna płyta. Możemy uratować Lotosowy Świat. Jutro dostaniemy ostatnią wskazówkę, zrobimy, co trzeba i wrócimy do szkoły.

Nidalei wstała. Podeszła do drzwi i otworzyła je.

– Może tak, może nie. Co, jeśli okaże się, że tak naprawdę nie ma żadnego Lotosowego Świata? Co, jeśli pójdziemy za daleko i już nigdy nie wyjdziemy z tego Lasu? Tak, czy inaczej, wolałabym już pójść spać.

– Jesteś tchórzliwa.

– A ty naiwna.

– A ty wykorzystujesz Magnolię.

– A ty nie masz rozumu!

Tej zniewagi Kora nie mogła znieść. Wyszła i skierowała się do swojej sypialni. Zdenerwowana rozmową, zapaliła światło i chciała zapytać Ori-Ann, co o tym wszystkim sądzi, gdy spostrzegła, że pokój jest pusty.

środa, 7 lutego 2018

"Cztery" Rozdział 9

Pobojowisko wyglądało osobliwie. Wokół czterech czarodziejek leżały setki zamrożonych kruków. Kora, Nidalei i Ori-Ann wpatrywały się w Magnolię.

– Jak tego dokonałaś? – pytały. – Magni, nic ci nie jest? Skąd wiedziałaś, co zrobić?

– No…– dziewczyna zarumieniła się. – Nie wiem. Ale dla najlepszych przyjaciółek było warto.

Zapadła cisza. Było oczywiste, że nie uważają się za przyjaciółki. Współpracowniczki – tak, koleżanki – jak najbardziej, ale nic więcej. Miały zadanie i tylko ono trzymało je razem. Magnolia zauważyła, że coś jest nie tak i postanowiła zmienić temat.

– Czy wiemy już, gdzie jest czwarta płyta?

– Przed chwilą przeglądałam księgę. Nic nie znalazłam. Ona jest naprawdę gruba, pewnie ostatnia wskazówka gdzieś się zawieruszyła. Jutro na pewno coś wymyślimy, ale robi się ciemno i musimy znaleźć jakieś bezpieczne miejsce…O, widzę coś.

,,Coś” było okrągłymi, ciemnozielonymi drzwiami umieszczonymi w pniu drzewa. Kora chciała pociągnąć za rdzewiejącą klamkę, ale jej ręka zatrzymała się w połowie drogi.

– Myślicie, że możemy tak po prostu wejść?

– Należałoby kulturalnie zapukać – zanim Nidalei zdążyła pomyśleć: ,,jaka ona jest źle wychowana” usłyszała walenie pięścią i okrzyki znajomej.

– Halo! Jest tam kto?! Haaaaaaalo! To bez sensu – dodała ciszej. – Dlaczego nie możemy po prostu ich otworzyć?

– Hmmm…– Nidalei zdawała się być rozdarta pomiędzy dobrym wychowaniem, a perspektywą spędzenia kolejnej nocy pod gołym niebem. – No…jest zimno, niewygodnie i …– przez chwilę szukała argumentu, ale niebo przyszło jej z pomocą. – I właśnie zaczęło padać. Magnolia, otwórz drzwi – widząc dziwne spojrzenia Or i Kory, dodała: – W ten sposób będziesz chroniona. Gdyby coś nas zaatakowało, ty staniesz bezpiecznie za drzwiami.

Oczywiście czarodziejka powietrza kazała zrobić to dla dobra przyjaciółki (nie, żeby nie chciało jej się otwierać drzwi i brudzić rąk rdzą), mimo to Magnolia powiedziała:

– Naprawdę nie wiem, czy powinnyśmy tam wchodzić. Tajemnicze drzwi w środku Lasu…to musi być pułapka, ja to czuję. Poza tym, czy my spodziewamy się znaleźć apartament z czterema łóżkami w pniu drzewa?

– Proszę, otwórz je.

Magnolia nacisnęła klamkę. Weszły gęsiego do wydrążonego pnia i zeszły schodkami w dół. Przed nimi ciągnął się długi, wąski korytarz oświetlony słabo żarówkami wystającymi z sufitu na kablach. Sufit, czyli ubita ziemia nad ich głowami był tak nisko, że Nidalei, najwyższa z czarodziejek musiała się schylać. Dziewczyny otwierały drzwi po lewej i prawej stronie, oglądały wnętrza i szły dalej. W ten sposób zobaczyły czternaście pokojów, w tym: sypialnię z łożem małżeńskim, kuchnię z pomarańczową lodówką, drewnianym stołem i dwoma krzesłami, spiżarnię, do której prowadziły stalowe drzwi z okienkiem zamykane na siedem spustów (nie dostały się oczywiście do środka), sypialnię z dwoma szerokimi łóżkami, gabinet-biblioteczkę w której znajdowała się połowa z toplisty dziesięciu najlepszych książek wg Kory oraz sypialnię z materacem i tapczanem. Na suficie znajdowały się okna, które można było zdalnie (przez naciśnięcie guzika) zasłonić mchem od wewnątrz, żeby nie było ich widać. Dom spodobał się wszystkim, a najbardziej Korze. Wychwalała koronkowy obrus na stole, szafeczki i komody w roślinne motywy, fotel na biegunach…

– Zostańmy tu na noc…– poprosiła, robiąc psie oczy do Nidalei, Magnolii i Ori-Ann. – Ta nora jest piękna! Jeśli spotkamy gospodarzy, to wszystko im wyjaśnimy. Razem usiądziemy przy stole i opowiemy im co nam się przytrafiło, a kiedy już uratujemy Lotosowy Świat, wrócimy tu i odwiedzimy ich jeszcze raz, a potem jeszcze raz…

– Po moim trupie!

Czarodziejki odwróciły się. Przed nimi stała lisouszka krecionoga, największy przedstawiciel chomików z największymi lisimi uszami na świecie. Jej rude futro sterczało na wszystkie strony, a pyszczek rozszerzał grymas przypominający uśmiech psychopaty. Była prawie tak wysoka jak człowiek, a długa jak dziesięciu ludzi stojących w kolejce po zakupy.

– Co wy tu robicie?! Wynocha, powtarzam, wynoście się z mojego domu! – krzyknęła grubym głosem.

– Ależ…panie lisouszko – powiedziała Kora.

– Jestem kobietą! – stworzenie wydało z siebie huk po czym tupnęło krecią nogą. – Na imię mi Berta. No, skoro już powiedziałam siedemnaście słów, powiedzcie mi, skąd jesteście i po co przyszłyście. Ludzie zwykle nie idą dalej niż do rzeki – to mówiąc, Berta zaprowadziła wciąż jeszcze przestraszone czarodziejki do jednego z sapłyjów, czyli pokojów z kominkiem i wskazała im krzesła. Sama założyła różowy fartuszek i usiadła w bujanym fotelu. Dziwne, ale wydawała się teraz dwa razy mniejsza.

Kora opowiedziała jej całą historię, od znalezionego w księdze listu przez przejście przez Podwójną, skończywszy na znalezieniu nory.

– Ma pani naprawdę piękny dom – zakończyła.

– Nie zbudowałam go sama – oświadczyła skromnie Berta, choć w rzeczywistości promieniała z dumy. – Pomagał mi mąż i oczywiście kuzyn, stary Tom. Nie ma ich tutaj, są na Szilce. A, wy nie wiecie, co to jest Szilka, no tak. Ciągle zapominam, że nie jesteście lisouszkami – zaśmiała się niskim, przyjemnym głosem.

Za to Ori-Ann, Nidalei i Magnolia przez cały czas pamiętały, że Berta nie jest człowiekiem. Patrzyły, jak otwierała i zamykała usta, jak gestykulowała łapkami i jak Kora jej odpowiadała. Nie mogły w to uwierzyć. Tymczasem rozmowa toczyła się gładko. Lisouszka opowiadała właśnie o Szilce (dorocznej ceremonii kopania korytarzy w Podziemnym Zamku Lisouszon), gdy nagle coś jej się przypomniało.

– Mówiłaś o jakiejś czarownicy, prawda?

– Tak, o czarownicy Goldrei. Wiesz coś o niej?

– Hmm…– mruknęła Berta, patrząc w przestrzeń, jakby przypominała sobie zdarzenia z dalekiej przeszłości. Przez jej twarz przebiegł grymas bólu i otworzyła usta, ale zaraz potem je zamknęła, jakby to, co miała powiedzieć było zbyt okropne i przerażające, żeby dało się przecisnąć przez gardło. Trzy razy westchnęła głośno. Potem wstała z fotela, a z komody, stojącej naprzeciw kominka wyciągnęła gruby zeszyt. Przekartkowała go. – Nie, nie przypominam sobie. Opowiedz o niej coś więcej, jak wygląda, co lubi jeść…

– No więc…Tak naprawdę nie wiemy o niej zbyt wiele. Jest zła i chce dostać się do Lotosowego Świata, żeby ukraść moc, która się w nim znajduje, to tyle. Musimy jeszcze odnaleźć czwartą płytę, ale nie dostałyśmy wskazówki, gdzie ona może być. Podpowiedzi zawsze znajdywałam pomiędzy siedemdziesiątą a siedemdziesiątą pierwszą stroną księgi.

– Mówiłaś mi o tym przed chwilą – przerwała Berta. – Zastanawia mnie tylko, dlaczego posłuchałyście nie wiadomo kogo, jakiejś karteczki włożonej między bajki. Ktoś was ewidentnie oszukuje!

– Ale…

– Nie trzeba być waszym sprzymierzeńcem, żeby wiedzieć o tych całych mocach. Mi na przykład powiedziałaś od razu, a nie ciekawiło mnie to i was nie pytałam.

– Ale ty…

– Nie jestem waszym sprzymierzeńcem. Przyjemnie mi się z tobą rozmawia, ale włamałyście się do mojego domu, w związku z tym nie ufam wam i nie chcę pakować się w sprawy, o których nawet wy macie mgliste pojęcie. Jak sądzę chciałybyście się u mnie zatrzymać. Mogę dać wam dwa pokoje – dodała usłyszawszy potwierdzenie. – Ale pod jednym warunkiem: przestaniecie szukać tych płyt i pojutrze (jutro pokażę wam Lisouszon) wrócicie do szkoły.

Kora już wstała, żeby zaprotestować, ale Nidalei weszła jej w słowo:

– Oczywiście. To niewiarygodnie bezmyślne z naszej strony, że dałyśmy się porwać temu niedorzecznemu pomysłowi. Cieszymy się, że wlała pani w nasze młode umysły trochę rozsądku.

– W takim razie jestem usatysfakcjonowana – powiedziała Berta ze śmiechem. – Zaprowadzę was do sypialni. Będziecie spały po dwie w jednym pokoju, więc dobierzcie się w pary i chodźcie za mną.

Kora skrzywiła się. Tysiąc razy bardziej wolałaby spać na deszczu niż obiecać komukolwiek, a zwłaszcza lisouszce, że przestanie szukać kamiennych płyt. Była w pokoju z Ori-Ann, która ostatnio zachowywała się dość dziwnie. Czuła, że musi wszystko z kimś przedyskutować, postanowiła więc wybrać się do Nidalei.

czwartek, 14 grudnia 2017

"Cztery" Rozdział 8

– Więc tu zaatakowały nas wilki, tu był ten duży kamień, a tu płynie podwójna rzeka – mamrotała Kora, rysując coś w ciemnozielonym notatniku.

– Podwójna – Magnolia utworzyła kroplę wody i dla zabawy kazała jej latać pomiędzy drzewami. – Ciekawa nazwa. I bardzo pasuje.

– Dzięki, może rzeczywiście. Ale najgorsze jest to, że nie znamy powrotnej drogi. Mój kompas tutaj wariuje, a mapa opisuje Las jako wielką, zieloną plamę. Niewielu odważyło się zapuścić tak daleko, jak my, a jeszcze mniej wróciło. Krążą mrożące krew w żyłach opowieści (w większości prawdziwe, jak ta o podwójnej).

Nidalei włączyła się do rozmowy.

– Mnie zawsze ciekawiło to, że w świecie wysoko rozwiniętych technologii nikt nigdy nie wykorzystał Lasu. Nie było wycinki drzew, nie postawiono hotelu, nawet samoloty nad nim nie przelatują. Żeby narysować mapę, wystarczyłoby nad nim przelecieć.

– O ile wiem, odbyły się trzy loty: dwa samolotami, jeden helikopterem. Wszystko porozbijało się właśnie tutaj. Od tamtej pory miejsce uznano za przeklęte.

– Dlatego to takie dziwne, że my tu przyszłyśmy – Magnolia przyklękła, żeby zawiązać but i ruszyły dalej. – I, że się nie boicie. Bo się nie boicie, prawda?

– Mniejsza o to – Kora wyciągnęła z torby księgę. – Mamy już trzy ćwiartki: zieloną, błękitną i czerwoną. Powinnyśmy dostać ostatnią wskazówkę, a tu nic. Ej, a tak poza tym, myślicie, że Goldrea coś szykuje? Niemożliwe, żeby jedyną jej bronią było to stado wilków, które pokonałyśmy. Or, co o tym myślisz?

– Nie wiem, damy jej radę.

– Hmm. Obyś miała rację. W końcu została nam jedna płyta.

Szły dalej, zastanawiając się. Czy Goldrea uderzy raz jeszcze? Kim jest osoba, która dawała im wskazówki? Czy dowiedzą się, gdzie znajduje się ostatnia ćwiartka? Jakiego będzie koloru? Niezależnie od pytań, które sobie zadawały i odpowiedzi na nie, miały szczęście, że Magnolia spojrzała w niebo. Natomiast nieszczęście polegało na tym, że nic nie powiedziała. Zamarła z rozwartymi ustami i palcem skierowanym w górę. Zauważyły to i zamiast, tak jak ona popatrzeć, zaczęły ją uspokajać. Wtedy usłyszały wrzask i zobaczyły ptaki kołujące nad ich głowami.

Nidalei stworzyła wir, który wypychał je, aby nie dosięgły czarodziejek. Wszystkie znajdowały się w oku cyklonu.

– Co robimy?! – zawołała, przekrzykując świst powietrza. – Ori-Ann, zrób coś!

Czarodziejka ognia wyciągnęła przed siebie ręce.

– Nic z tego. Musiały mi zabrać moc, kiedy przelatywały. Chyba żartujesz – odpowiedziała na pytanie Kory. – Ich jest za dużo, żeby rzucać nożami.

– Kora, ty nie straciłaś mocy, ty Magnolia też nie – Nidalei obróciła się. – Magnolia?

Czarodziejka wody leżała nieprzytomna.

– No tak, zapomniałam, że boi się kruków – wymamrotała Nidalei. – Będziemy musiały poradzić sobie we dwie.

Dziewczyna dalej odpychała ptaki powietrzem, ale tym razem zrobiła w wirze dziurę, w której wiatru nie było. Przez ten otwór Kora rzucała kamieniami i po kolei strącała je na ziemię. Zabierało to sporo czasu, a nad głowami czarodziejek wciąż wisiała chmara.

– Obudź Magnolię – czarodziejka z trudem utrzymywała wiatr w ryzach.

Kora pochyliła się nad dziewczyną.

– Mam coś na takie okazje – wyciągnęła z torby brązową buteleczkę, nalała kilka kropel na dłoń i wsmarowała w czoło zemdlonej, która po kilkunastu sekundach ocknęła się.

– Musisz coś zrobić z tymi ptakami.

Magnolia zamrugała oczami. Słońce raziło ją w oczy. Spojrzała na Nidalei, na jej ręce wyciągnięte w górę. Na kruki, które próbowały przebić się przez wietrzną tarczę. Wstała i wyszeptała kilka słów. Wszystkie ptaki spadły na ziemię.

wtorek, 31 października 2017

Ręka z ołowiu, serce z papieru

Anka siedziała na starym tapczanie, sącząc parującą jeszcze herbatę. Choć w kominku trzaskał ogień, odczuwała przeraźliwe zimno, sięgające do szpiku kości.

Wszedł Piotr. Usiadł obok niej, położył swoją ciepłą dłoń na jej dłoni. Anka odłożyła kubek na stolik, starając się nie zakłócić ciszy. Zacisnęła zęby. Jego dotyk aż palił.

– Wylałam herbatę – powiedziała, patrząc na pełny kubek. – Pójdę posprzątać.

Ręka Piotra stała się nagle ciężka, zaczęła wgniatać prawicę Anki w tapczan.

– Nie ma takiej potrzeby – odpowiedział przyjemnym głosem, przypominającym szelest kartki.

Dziewczyna uniosła drugą rękę i wbiła paznokcie w jego twarz, jednym ruchem odrywając policzek, połowę szyi i lewe płuco. Jego serce wyszło teraz na wierzch, wprawiając w drgania całe pomieszczenie. Jego serce złożył ktoś z ogłoszenia o zaginionej.

– Chcę się w końcu obudzić – wyszeptała Anka.

niedziela, 22 października 2017

Czy warto obejrzeć Stranger Things?

Zbliża się premiera drugiego sezonu Stranger Things i pewnie niektórzy z Was zastanawiają się, czy warto zabierać się za pierwszy.
Serial z gatunku horror/thriller/science fiction osadzony w latach 80. XX wieku opowiada o zaginięciu Willa Byersa, młodego chłopca, którego przyjaciele postanawiają szukać na własną rękę. Śledzimy także wątek jego matki, Joyce, w której domu zaczynają się dziać nadprzyrodzone zjawiska, tajemniczej dziewczynki z wytatuowanym na przedramieniu numerem 11, szeryfa, labolatorium rządowego, czy miłosnych perypetii Nancy, siostry jednego z przyjaciół zaginionego.
Teraz powiem coś pozytywnego, bo tak wypada.
Podobają mi się cztery rzeczy: muzyka - zarówno lecący w tle synthwave, jak i stare przeboje takie jak Should I Stay Or Should I Go, długość - na razie tylko 8 odcinków oraz akcja, za którą chce się podążać - choć wiele rzeczy mnie denerwowało, przez większość czasu byłam ciekawa, co się stanie dalej. Można też wyhaczyć sporo smaczków i nawiązań do innych filmów.
Koniec zalet.
Jeżeli zamierzacie obejrzeć Stranger Things, przygotujcie się na utarte schematy; typowe amerykańskie miasteczko bez charakteru,  telekinetyczne zdolności, które rozwiązują wszystkie problemy, trójka prześladowanych w szkole geeków, wymuszony wątek miłosny i wiele innych. Ten serial to klisza. Brakuje prawdziwych uczuć, mam ogólne wrażenie sztuczności i dość nachalnej stylizacji. Tak jakby producenci starali się przypomnieć za wszelką cenę, kiedy rozgrywa się akcja. Wreszcie  najważniejsze: mimo, serial jest określany mianem horroru i thrillera, nie znajduję rzeczy, których widz  miałby się naprawdę bać. Brakuje czegoś, o przez co nie mógłby zasnąć, brakuje antagonisty z krwi i kości.
Czy warto obejrzeć Stranger Things? To zależy. Jak mówiłam, serial zawiera sporą dawkę banału. Ale jeżeli lubicie takie klimaty  i chcecie po prostu trochę się rozerwać, to czemu nie? Może akurat przypadnie Wam do gustu.

czwartek, 5 października 2017

"Cztery" Rozdział 7

– Udało się – Kora uklękła zziajana na mokrej trawie.

Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Było lato, ciepłe i przyjemne, a ona, wraz z koleżankami przeżywała przygodę życia. Co z tego, że rzuciła szkołę, wszystkie obowiązki i złamała większość przepisów, łącznie z tym najważniejszym, zapisanym w Zielonej Księdze Akademii Przyrodniczej: ,,Nie wchodź do Lasu (wyjątki przewidziane w paragrafach 3, 5, 78, 102)”. Co z tego, że prawie pożarły ją wilki, co z tego, że przeszła przez dwie rzeki przez most własnej roboty i ledwo mogła siedzieć przez drżące jeszcze kolana. To były najlepsze dni w jej życiu.

– I co, Magnolia, jesteś zadowolona? – powiedziała Nidalei czesząc włosy i oglądając się w lewitującym lusterku. – Mogłyśmy wrócić do Szkoły, a teraz masz co chciałaś. Idziemy przez Las z jakąś obłąkaną dziewczyną z nożem. Co się dziwić, że się z nim nie rozstaje, to pewnie jej jedyny przyjaciel.

Wtedy Ori-Ann, która siedziała przedtem obok Kory, wstała i poszła w stronę dalszej części lasu.

– Poczekaj – zawołała Magnolia.

Nie było odpowiedzi.

– Myślicie, że się wkurzyła? – patrzyła z niepokojem na niknącą w wysokiej trawie sylwetką czarodziejki.

– Nie mam pojęcia – powiedziała Kora. – Ale nie musiałaś tak chlapać jęzorem.

– Jej to nawet nie ruszyło. Zresztą, jak się spędza całe życie na bójkach…

– Nidalei, co ty mówisz?! Jesteśmy drużyną, musimy się wspierać, a nie kłócić. Może już zapomniałaś, ale ta ,,obłąkana dziewczyna z nożem” uratowała nam życie!

Czarodziejka powietrza zbladła i ściągnęła mięśnie twarzy.

– Nie jesteśmy drużyną.

Tymczasem Ori-Ann przedzierała się przez krzewy, które wyznaczały granicę Lasu. Na jej twarzy ciernie i gałązki zostawiały czerwone rysy, ale nie dbała o to. Życie w SAiO przyzwyczaiło ją do bólu, poza tym ładna buzia liczyła się tyle co nic. Ori-Ann musiała znaleźć źródło tego dźwięku, który słyszała już na łące. Miała dobry słuch, ale raczej nie muzyczny. Kiedyś, dawno temu bardzo niemądry człowiek próbował nauczyć ją gry na skrzypcach. Cóż, zdarza się. Całe szczęście trafiła do Szkoły Ataku i Obrony. Muzyka była nieprzydatną umiejętnością, dla tych, którzy nie umieli walczyć. Dlatego właśnie poszła sama, bez Magnolii i Nidalei. No dobra, Magnolia była w porządku, ale pod butem Nidalei nie nadawała się do niczego. Kora udowodniła, że mimo swoich dziwactw ogarnie się, kiedy będzie trzeba. Mimo to, Or wolała jak zwykle działać sama. Sama, sama, sama. Dlaczego w ogóle z nimi szła? Dlaczego ktoś zrobił z nich drużynę? A może by tak poszukać ostatniej płyty na własną rękę?

Dźwięk ucichł.

W tej chwili u pozostałych dziewczyn panowała niezręczna cisza. Im dłużej jest, tym trudniej ją przerwać, toteż żadna nie odezwała się przez piętnaście minut czterdzieści trzy sekundy i siedem setnych (nie powinniście pytać, skąd to wiem, ale skoro jesteście tacy ciekawi... Kora napisała w swoim pamiętniku, że tego dnia pobiła swój rekord milczenia o trzydzieści dwie setne – uwierzyłam, bo miała dobrą pamięć do liczb i łacińskich nazw roślin).

Ori-Ann nie przychodziła już od dawna (w ciągu kwadransa wiele się może wydarzyć), a uczennica Akademii Zielarsko-Przyrodniczej niepokoiła się coraz bardziej.

– Musimy jej szukać! – zasłoniła ręką usta, zaskoczona gwałtownością swoich słów. – Musimy ją odnaleźć – powtórzyła, tym razem łagodniej. – A jeśli jej się coś stało?

Magnolia spojrzała na przyjaciółkę.

– Niestety, Magni. To zbyt niebezpieczne. Wiatr, co wieje nad naszymi głowami jest niespokojny. Coś nam zagraża.

– Coś zagraża Ori-Ann. Musimy ją znaleźć i uratować. To, że rzuca nożami i ogniem i radzi sobie sama, nie znaczy, że nie możemy jej pomóc. Mamy dług do spłacenia – Kora wstała i zanim Nidalei zdążyła krzyknąć: ,,Wracaj!” wpadła na czarodziejkę ognia. – Co... co...

– Hej. Możemy już iść dalej.

– Co robiłaś? Właśnie chciałyśmy po ciebie iść. I…mam nadzieję, że nie jesteś już obrażona. Wyszłaś tak…nagle, zaczęłyśmy się martwić.

– Nie rozumiem, o co chodzi. Czy to teraz ważne?

– Ale po tym, co powiedziała Nidalei, opuściłaś nas na dłuższą chwilę. Myślałyśmy, że się na nas gniewasz albo, że coś ci się stało. Miałyśmy już iść cię ratować.

– Nie ma takiej potrzeby – odparła Or z uśmiechem. – Dziękuję za troskę, ale chodźmy już.

Niepokój został rozproszony, lecz Magnolia miała złe przeczucia. Była pewna, że nadeszły nowe kłopoty.

poniedziałek, 18 września 2017

Wstegeszczu poleca: książki/seriale

Kiedyś byłam typowym molem książkowym - pochłaniałam około trzech książek tygodniowo, a bardziej niż jakość, liczyła się ilość. Starałam się dbać o to, żeby nigdy nie brakowało mi czegoś do czytania i dzięki temu utrzymać poziom literackiego zaspokojenia.
Teraz mogę nazwać się raczej poszukiwaczem książek; coraz rzadziej znajduję zadowalającą lekturę, żyję w ciągłej frustracji (najczęściej pod tytułem ''nie ma już dobrych rzeczy na tym świecie'', ''najwyraźniej nie lubię już książek", "na zawsze straciłam swoją pasję"), frustracji poprzetykanej przebłyskami satysfakcji. Dlatego właśnie, kiedy już znajdę coś dobrego, lubię polecić to znajomym. Przed wami serial i trzy powieści, które mi się ostatnio spodobały. Ale zacznijmy od końca:
Kot alchemika Waltera Moersa to, jak określił autor, "baśń kulinarna z Camonii", mamy więc coś na kształt high fantasy, wymyślony, niezależny od naszego świat, a w nim miejsce akcji - Sledwayę, miasto zamieszkane prawie wyłącznie przez chorych. Książka opowiada o wygłodniałym, żyjącym na ulicy krocie imieniem Echo (kocie różniącym się od innych umiejętnością mówienia oraz posiadaniem dwóch wątrób), który otrzymuje od alchemika Eissipina następującą ofertę: miejski przeraźnik Eissipin będzie dostarczał krotu jedzenie i rozmaitych rozrywek, ale po miesiącu zabije go i wygotuje z niego niezwykle cenny tłuszcz. Czytając, obserwujemy upływający czas i swego rodzaju pojedynek pomiędzy Echem a alchemikiem. Do zalet książki należy bujna wyobraźnia autora, bogaty język, rozbudowane opisy potraw, a także klimatyczne ilustracje autorstwa samego Moersa. Niestety niektóre zwroty akcji są wymuszone, a samo zakończenie nie przypadło mi do gustu. Mimo to było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie.
Mort to czwarta część słynnej serii o Świecie Dysku i pierwsza z cyklu o Śmierci, (jeżeli jeszcze Terry'ego Pratchetta nie czytaliście, możecie zacząć właśnie od niej). Powieść opowiada o terminatorze Śmierci, którego zadaniem jest wysyłać dusze w zaświaty. Z początkowymi przypadkami poradził sobie nieźle, ale nie dał rady ukrócić życia pięknej księżniczki, przez co równowaga i przeznaczenie ulegają zachwianiu. Uwielbiam absurdalne poczucie humoru Pratchetta i uważam, że jeżeli ktoś chciałby zrobić wyciąg najlepszych cytatów, musiałby przepisać książkę od początku do końca. Wielkim plusem tej części jest Śmierć, który pojawia się naprawdę bardzo często.
Następnie polecam Sokoła Maltańskiego Dashiella Hammeta - klasyk czarnego kryminału, o którym dowiedziałam się dzięki Wikipedii (jeżeli też kiedyś znalazłeś dobrą książkę dzięki tej zacnej encyklopedii, napisz w komentarzu). W biurze detektywistycznym Archera Milesa i Samuela Spade'a pojawia się niejaka panna Wonderly, która zleca odnalezienie swojej siostry. Dalej opisywać nie będę, bo akcja od razu gwałtownie przyspiesza; już po pierwszych stronach nic nie jest takie, jakim się wydawało. Jeżeli wcześniej miałam do czynienia z kryminałami, były to powieści detektywistyczne, w których bohater rozwiązywał sprawę dzięki logice i dedukcji. W świecie czarnego kryminału każdy, łącznie z detektywem ma coś na sumieniu,  a dobro i zło w czystej postaci w zasadzie nie istnieją. Sokół maltański to kwintesencja sensacji; w każdym rozdziale ktoś dostaje w twarz, składa propozycję nie do odrzucenia, trafia do aresztu, umiera,  lub przynajmniej zostaje uwiedziony przez zabójczo piękną femme fatale. Jeżeli dodamy do tego jeszcze cynicznego, twardego Spade'a, otrzymamy książkę (prawie?) idealną, od której nie można się oderwać.
Dreszczyk emocji (i nie tylko to) można także przeżyć oglądając Fargo (nie widziałam jeszcze pozostałych dwóch sezonów, ale pierwszy jest tak dobry, że MUSIAŁAM o nim napisać). Jest to historia o serii morderstw w USA w stanie Minnesota. Psychopatyczne osobowości, groza i małomiasteczkowy klimat, wszystko umieszczone w zimowej scenerii. Mnóstwo intrygujących postaci, takich jak Lester Nygaard (Martin Freeman) - agent ubezpieczeniowy, tchórz i nieudacznik, która ma dość bycia poniżanym przez innych, Lorne Malvo - manipulant, morderca i uosobienie zła, Molly Solverson, której kibicowałam - policjantka z niezachwianym kręgosłupem moralnym i wielu innych. W tej krótkiej historii przypowieści i wątki metafizyczne przeplatają się ze śmiesznostkami codziennego życia.
To już wszystko na dzisiaj, jeżeli doczytałeś do końca, powiedz co myślisz o tym poście. Może znasz którąś z książek lub serial? (jeśli tak, podziel się wrażeniami)



niedziela, 10 września 2017

"Cztery" Rozdział 6

Dochodziło południe, ale w cieniu drzew panował chłód. Szły żwawym krokiem nie odzywając się do siebie. Nidalei się obraziła, Magnolia nie wiedziała, co powiedzieć, Kora śpiewała dalej o kotletach mielonych, a Ori-Ann podrzucała swój nóż do góry. Las się przerzedził, szły po płaskim terenie. Mijały mrowiska, dziuple i gniazda, co chwilę jakaś gałązka pękała pod ich stopami. Słychać było szum płynącej wody. Jednak mimo tego, że przeżywały przygodę bez nauczycieli, lekcji i obowiązków, za to z magicznymi mocami i pięknymi widokami, mimo tych wspaniałości po kilku godzinach jednostajnego marszu przestały mieć ochotę na cokolwiek.

– Dokąd idziemy? – zapytała Magnolia.

– Nie wiem – Ori-Ann przystanęła na chwilę.

– Jak to: nie wiesz – Kora uniosła rękę w oburzeniu. – Myślałam, że nas prowadzisz.

– Żeby was prowadzić musiałabym zrozumieć ten głupi wierszyk – Ori-Ann schowała nóż. – No dalej, wytłumacz mi.

– Dajcie mi się zastanowić – rudowłosa przyłożyła rękę do skroni. – ,,Dwie znajdziesz w przeciwnych.” ,, Dwie znajdziesz w przeciwnych.” Co to może znaczyć? Dwie, oczywiście chodzi o płyty. Przeciwne to przeciwieństwa. To znaczyłoby, że jedna płyta jest na lądzie, a druga w wodzie. Ale to i tak niczego nie wyjaśnia! Nie mam pojęcia, gdzie to jest.

– Idziemy dalej – Ori-Ann poszła dalej.

– To dobry pomysł – stwierdziła Kora. – Zatrzymajmy się wtedy, kiedy coś wymyślimy. Albo na obiad.

Nidalei powiedziała, że nie mają szans odnaleźć małej płyty, chodząc po lesie i oczekując, że na nią wpadną, ale z braku pomysłu ruszyła za Ori-Ann, Magnolią i Korą.

Las wciąż się przerzedzał, aż w końcu znalazły się na pasie gołej ziemi. Było dziwnie ciepło, a z każdym krokiem żar wzmagał się i wzmagał.

– Zostało nam jeszcze trochę wody? – zapytała Nidalei. – Chyba zaczynam się gotować – dodała ze zbolałą miną.

W odpowiedzi Magnolia rozczapierzyła ręce i z każdego palca trysnęła świeża woda, szybko jednak wyparowała. Chwilę później zauważyły strome zbocze i wąwóz. Podeszły blisko krawędzi i spostrzegły niezwykłą rzecz: w dole płynęły dwie rzeki, jedna pełna wody, druga pełna lawy.

– To niemożliwe – Kora wytrzeszczyła oczy. – To znaczy, czytałam już o takich zjawiskach…

– To jest niesamowite – wyszeptała Ori-Ann, ale zaraz potem dodała rzeczowo. – Musimy przedostać się na drugą stronę. O, tam tam coś widzę. Może nam się przydadzą.

Czarodziejka ognia miała na myśli dwie kolumny stojące po jednej w każdej rzece, sięgające szczytu urwiska. Dziewczyny poszły tam i zaczęły myśleć. Kora utworzyła most z gałęzi, które niestety spopieliły się. Wtedy z rąk czarodziejki wody zaczęły się sypać bryły lodu, Nidalei siłą wiatru utrzymywała je w powietrzu. Nic już nie przeszkadzało Korze utworzyć mostu z gałęzi.

Nie miały teraz wiele czasu. Ori-Ann zaoferowała, że przejdzie pierwsza. Ostrożnie stawiała stopy na gałęziach, wiedząc, że jeśli spadnie, zginie. Kiedy patrzyła w dół, czuła się, jakby stała na dachu wieżowca. Gorzej, bo dach jest przynajmniej stabilny. Co prawda Kora przysięgała, że użyła najtrwalszego materiału z wierzbitki malinej, choć pewnie tylko po to, żeby nie iść najpierw. Tchórz. One wszystkie były tchórzami. Oby tylko nie spadła... Udało się. Dotarła do pierwszej kolumny. Sprawdzając, czy wytrzyma ciężar ciała, stanęła na niej. Obok swoich stóp zobaczyła niebieską ćwiartkę płyty.

,,Dwie znajdziesz w przeciwnych”.

A więc o to chodziło. Kątem oka dostrzegła czerwoną plamkę na drugiej kolumnie. Woda w ogniu, ogień w wodzie. Tylko dlaczego Goldrea nie atakuje? Ori-Ann przedostała się na drugą stronę, zabierając trzeci kawałek kamiennej płyty. Tymczasem Magnolia ostatkiem sił wytworzyła bryły lodu. Kora przeszła druga, Magnolia trzecia. Nidalei wzbiła się w powietrze i przeleciała nad mostem.

piątek, 25 sierpnia 2017

"Młody Poeta vs. Miłość"

Młody Poeta siedział przy swoim biurku i, podparłszy ręką brodę, wyglądał za okno, obserwując urbanistyczny krajobraz.
„Gdyby tak zechciała odwiedzić mnie Wena” – rozmyślał. – „Albo inna piękna idea. Wolność…Może Nadzieja.”
Tuż za nim zmaterializowała się Miłość pod postacią grubej nastolatki.
– O – powiedział, a zabrzmiało to niezwykle elokwentnie. – Dobrze, że jesteś. Właśnie chciałem napisać wiersz, więc może mógłbyś mnie natchnąć…Powiedzieć, jak się czujesz…czy coś.
– Jestem głodna.
– A – Młody Poeta prawdopodobnie znowu o czymś pomyślał, tylko, że tym razem kompletnie nie było tego po nim widać. – Niestety nie mam nic do jedzenia.
Dziewczyna uśmiechnęła się uprzejmie, acz z pewną dozą politowania.
– Wrzuciłeś naleśnika na patelnię dwie minuty temu. Ach, ci artyści! – zaśmiała się, ale samemu artyście wcale do śmiechu nie było.
Wystrzelił jak z procy do kuchni i w ostatnim momencie uratował sytuację, przerzucając placka na drugą stronę. Kiedy spód ciasta się zarumienił, mężczyzna zdjął naleśnika z patelni i położył na talerzu przed Miłością. Już chciał zapytać, czy nie chciałaby cukru albo dżemu, ale ona rzuciła się na jedzenie jak dzikie zwierzę.
– Bardzo dobry – otarła usta wierzchem dłoni.
– Wiem, też zamierzałam go zjeść – odpowiedział smutno, jednocześnie zastanawiając się, jak ładnie opisać twarz dziewczyny, pomijając już nawet kapiący z podbródka tłuszcz. Czytelnicy jego bloga oczekiwali raczej estetycznie nacechowanych treści, a co było pięknego w grubej dziewczynie w stanie spożywania naleśnika?
– Zrób jeszcze jednego – poprosiła.
Młody Poeta szybko zabrał się za kolejną porcję, próbując powstrzymać uczucie obrzydzenia, jakiego doznał widząc to ucieleśnienie łakomstwa i przyziemnych przyjemności. Co jakiś czas zerkał jednak na Miłość kątem oka, aż jego wrażenie zmieniło się. Poczuł ciepło bijące zarówno od niej jak i od rozgrzanego palnika, a także spokój i szczęście. Zamyślił się głęboko, a kiedy otworzył oczy, już jej nie było. Został sam w pustym mieszkaniu.
Tego dnia postanowił opisać słowami nastrój, którego doświadczył. Obiecał sobie, że kiedyś, w dalekiej przyszłości napisze o Miłości doskonały, pełen prostoty wiersz, który poruszy nawet najbardziej zatwardziałe serce. Na razie jednak zaserwował czytelnikom swojego bloga przepis na naleśniki.












sobota, 12 sierpnia 2017

"Cztery" Rozdział 5

– Jeszcze raz – poprosiła Nidalei

Kora zaczęła od początku:

– Jesteśmy czarodziejkami. Ja posługuję się mocą ziemi; roślinami, skałami…Ty poruszasz wiatrem, Magnolia ma moc wody, a Ori-Ann ognia. Nasze zdolności nie są jednak dziełem przypadku, zostałyśmy wezwane na misję. Musimy uratować Lotosowy Świat przed czarownicą. W świecie tym znajdują się ogromne pokłady energii magicznej i jeśli Goldrea się do nich dostanie…

– Nie dostanie się – wtrąciła Ori-Ann.

– Ale żeby się nie dostała, musimy być tam przed nią. Do tego właśnie służą cztery części kamiennej płyty, są naszym portalem do Lotosowego Świata. Zdobyłyśmy zieloną ćwiartkę, a chwilę później zaatakowały nas wilki, co według mnie jednoznacznie wskazuje na to, że to właśnie Goldrea depcze nam po piętach. Oddaliłyśmy się nieznacznie od polany – mówiąc to, z zachwytem spojrzała na złote promienie słońca zatrzymane na drzewach – i na razie jesteśmy bezpieczne. Ach, zapomniałabym! – w ułamku sekundy poderwała się z ziemi. – Otrzymałyśmy też drugą wskazówkę. Wyruszamy natychmiast.

– Zmrok już zapada – powiedziała Ori-Ann. – Wróćmy się na polanę. Rozpalę tam ognisko.

Tak zrobiły. Ori-Ann wzięła pierwszą wartę (drugą miała Kora, ale prawie natychmiast zasnęła), a pozostałe czarodziejki położyły się spać.

Wczesnym rankiem obudziły się, a właściwie obudziła je Magnolia, która podchodziła do każdej z nich i szturchała lekko. Po chwili, gdy wszystkie były już rozbudzone, zawołała: ,,Czas na śniadanie” i wyjęła zza pleców cztery szklanki z wodą na przezroczystej tacy.

– Jak zrobiłaś szkło?! – czarodziejka ziemi krzyknęła ze zdziwienia.

Sądziła, że jeżeli ktokolwiek, to ona miała monopol na szklanki.

Magnolia uśmiechnęła się tylko patrząc, jak Kora bierze do ręki wodę i uświadamia sobie, że…

– To przecież lód – na co czarodziejka wody pokiwała głową.

To rozluźniło atmosferę. Po kilku minutach śmiały się razem, rozmawiały o szkole, pracy i obowiązkach, ale też o przyjemnościach i zainteresowaniach; książkach, muzyce klasycznej, rzucaniu nożami, zielarstwie i spacerach. Mówiły także o swoich problemach; Korę na przykład wiele osób uważało za szaloną kujonkę (choć spędzała przy nauce tylko trzy godziny dziennie), za to Nidalei cierpiała z powodu zbyt dużej popularności.

– Wielkim jest utrapieniem to całe tałatajstwo. Zaledwie zasiądę do ćwiczeń, a ktoś no nie wiem…na przykład zaprasza mnie na urodziny. Najgorsze jest to, że czasami te przyjęcia odbywają się w tym samym czasie.

Miło im czas upływał. Dziewczyny zgłodniały, toteż Ori-Ann rozdała porcje chleba, Kora zaś wyhodowała jabłonkę. Wszystkie patrzyły z zachwytem jak drzewko się rozgałęzia, kwitną białe kwiatki, płatki opadają i rodzą się owoce. A to wszystko w przeciągu minuty!

– Nie zmęczyłaś się? – zapytała Nidalei z troską.

– Nie – rudowłosa zmarszczyła brwi. – To dziwne, prawda? Czuję tę moc nie w sobie, ale jakby przypływała z zewnątrz.

– Może czerpiesz ją z ziemi – zasugerowała Magnolia.

Chwila za chwilą upływała w ciszy. Poczuły się spokojniejsze. Już nie miotała nimi niepewność; wiedziały (na tyle na ile Kora im wytłumaczyła) co mają robić, czuły, że są wśród swoich, że nie muszą się ukrywać. Nidalei kilka razy otwierała usta, żeby przemówić, ale za każdym razem coś jej przeszkadzało: ptak zaćwierkał w zaroślach albo też ona sama wymyślała powody do milczenia, nieważne. Wreszcie się zdobyła.

– Wiesz, Ori-Ann…– zaczęła trochę nieporadnie. – Muszę cię…przeprosić. Myślałam do niedawna, że jesteś agresywna, że trochę dzikuska, takie były plotki i ja im wierzyłam. Na pierwszy rzut oka wydajesz się trochę ostra, ale gdyby nie ty, nie poradziłybyśmy sobie. Przepraszam bardzo…Naprawdę.

Ori-Ann jak gdyby nie usłyszała. Wpatrywała się gdzieś w dal i mrużyła oczy w skupieniu. Mechanicznie przekładała nóż z ręki do ręki. Ja, choć piszę o niej i pewnie niektórzy sądzą, że ją stworzyłam, nie potrafię przejrzeć jej myśli. Może wsłuchiwała się w głos własnego serca. A może nie.

– Musimy iść – powiedziała.

– Or, zostańmy jeszcze chwilkę – Nidalei popatrzyła na swoją przyjaciółkę, Magnolię. – Wszystkie jesteśmy zmęczone.

– Musimy iść – powiedziała Ori-Ann, zaciskając palce na nożu.

Nidalei była wściekła.

– Zabierz to ode mnie – cedziła przez zęby. – Nie będziesz mi grozić, ty idiotko!

Czarodziejka ziemi pokręciła głową. Z początku tylko przypatrywała się kłótni, ale widząc, że sytuacja się zaognia, spróbowała przemówić im do rozsądku. Jednak prośby i argumenty zawiodły. Kora nie miała wyboru – przyłożyła ręce do ziemi, a między walczącymi wyrósł kamienny mur.

– Spokój – krzyknęła. – Zagłosujmy, ale się nie kłóćmy. Osobiście uważam, że należy iść. Goldrea pewnie przygotowuje już dla nas kolejne stado wilków. Ori-Ann nie zmieniła zdania…A wy?

– Z tego powodu ja i Magnolia chcemy jeszcze odpocząć – Nidalei skrzyżowała ręce na piersiach. – Musimy mieć siłę do dalszej wędrówki. I walki, jeśliby zaszła taka potrzeba.

Znowu zaczęły się kłócić. Czarodziejki ognia i ziemi mówiły o zagrożeniach, zapasach jedzenia i Lotosowym Świecie, który czekał na ratunek. Nidalei chciała dać czas przyjaciółce.

– W takim razie my idziemy, a wy zostajecie.

Magnolia nerwowo żuła kosmyk włosów patrząc to na Nidalei, to na odchodzące towarzyszki. Czy Nidalei miała rację? Dlaczego najpierw przepraszała Ori-Ann, żeby później być tak wredną? Przecież one prawie się pobiły…Z kim powinna pójść, z kim przetrwa dłużej? Czy odegra istotną rolę w walce o Lotosowy Świat, czy też dla dobra sprawy powinna zawrócić?

– Czy chcesz iść dalej? – ostry głos wyrwał ją z zamyślenia.

Zadrżała z zimna i lęku. Co powinna powiedzieć? Czy miała w ogóle jakiś wybór? Co to w ogóle za pytanie? Czy Nidalei wystawiała ją na próbę? Czy to było jedno z tych podchwytliwych pytań? Magnolia była prawie pewna, że jeśli odpowie źle, przyjaciółka nie odezwie się do niej przynajmniej przez tydzień. Spojrzała w jej zimne, stalowoszare oczy.

,,No dalej, zrób coś” – pomyślała. – ,,Masz 50 procent szans na trafienie.”

– Tak.

– W takim razie chodźmy.

piątek, 4 sierpnia 2017

"Cztery" Rozdział 4

Wszystkie były w szoku. Myślały, że Korze się nie uda, że listy i magia okażą się bujdą i wrócą do szkoły. Były jednocześnie dumne z tego, że Lotosowy świat ich potrzebował, zaciekawione tym, co je spotka i przestraszone spoczywającą na nich odpowiedzialnością. Teraz starały się nie myśleć za wiele. Choć emocje kotłowały się w nich, skupiały się na płycie, która wzmacniała ich pewność siebie. Przypominała im, że pierwszy krok mają już za sobą.

Swoją drogą, było co oglądać. Płyta wyglądała jak ćwierć płaskiego talerza. Z daleka wydawała się zielona, ale jeśliby przypatrzeć się bliżej, tło miała czarne, a ciemnozielone były tylko cienkie jak włosy wijące się linie. Wyglądała przepięknie.

– Dobrze, już dość się napatrzyłyśmy. Wedle słów koleżanki powinnyśmy teraz odczytać kolejną wiadomość. Mam rację, Koro? – powiedziała Nidalei.

Kora nie odpowiedziała.

– Co jej jest?

– Kiedy się cieszy, lubi śpiewać o kotletach mielonych – odpowiedziała Magnolia.

Nidalei uniosła brwi, po czym ostentacyjnie włożyła płytę do torby Kory i wyjęła księgę.

– ,,Dwie znajdziesz w przeciwnych” – złapała się za głowę. – Świetnie. Po prostu świetnie. Magnolia, zapytaj Or, czy ma coś na wypadek, gdyby Goldrea raczyła dołączyć do listy moich problemów.

W tej chwili zza krzaków wyskoczył wilk. Kora przestała śpiewać, Nidalei zamarła, a Magnolia usiadła na ziemi.

– Spokojnie – rudowłosa cofnęła się o krok. – Nie ruszajcie się.

Wiedziona instynktem Ori-Ann wyjęła nóż z pochwy. Sama przygotowała się do obrony; szepnęła też Magnolii, żeby wstała, ale ta ani drgnęła.

Wilk tymczasem szczerzył kły i patrzył się na nie. Sierść zjeżył na grzbiecie i cały czas dygotał jakby miał zaraz wybuchnąć. Chwilę później przybiegł też drugi wilk i następny, i następny. Nie było wątpliwości, co zamierzają zrobić.

– Kora, utwórz mur – wrzasnęła Ori-Ann.

Po chwili czarodziejki zostały otoczone kamiennym pierścieniem.

– Dobrze. Na razie jesteśmy bezpieczne, ale jeśli chcemy iść dalej musimy je przegonić – wdrapała się na mur i cisnęła płomieniem.

Nie zobaczyła jednak rany na ciele wilka. W ogóle go nie zobaczyła. Rozejrzała się kilkukrotnie. Co się mogło stać? Kiedy kolejny wilk zniknął, uderzony jej płomieniem, przyjęła to za dobrą monetę. Widocznie Las rządził się własnymi prawami. Poćwiczyła rzucanie nożami i w mgnieniu oka na polanie nie został żaden wilk.

Kora wzięła głęboki wdech i usunęła zbudowaną przez siebie tarczę.

– Ja nie mogę... Pokonałyśmy je!

– Nie nastawiaj się – odpowiedziała Ori-Ann, zbierając noże. – Pewnie będzie już tylko gorzej. A gdzie tamte dwie?

– Siedzą na uboczu – westchnęła Kora. – Chyba będę musiała podać Magnolii szarotkę refluum. Przeżyła silny szok.

Tymczasem Nidalei próbowała uspokoić koleżankę, ale że sama była roztrzęsiona, nie udało się. Wiatr ucichł, a zza chmur wyszło słońce, które przygrzewało coraz mocniej i znów posmarowała swą bladą skórę filtrem przeciwsłonecznym.

Przyszła Kora i posypując Magnolię sproszkowaną szarotką refluum powiedziała, że czas na podsumowanie sytuacji.

czwartek, 27 lipca 2017

"Cztery" Rozdział 3

Kora nie miała racji. Nie były gotowe. Jeszcze godzinę zajęło im przebranie się i niepostrzeżone wyjście ze szkoły.

Jednak dopiero gdy znalazły się w Lesie, poczuły, że nie wiedzą nic. Zatrzymały się i przez pewien czas stały w milczeniu.

– I co – powiedziała Ori-Ann. – Będziemy przeczesywać cały Las, aż znajdziemy te cztery płyty?

– Cztery części kamiennej płyty, tak dla ścisłości – Kora wyciągnęła z plecaka księgę i przewertowała strony.

,,Żeby odnaleźć zieloną ćwiartkę kamiennej płyty, powinnyście dostać się na Wzgórze Ognistych Róż.”

– Jak myślicie, o co chodzi? – Magnolia wpatrywała się jak urzeczona w kaligraficzne pismo.

– Ten list może mieć metaforyczne znaczenie – Nidalei spojrzała na Ori-Ann i dodała: – To oznacza, że nie należy brać jego treści dosłownie. W wielu powieściach, które czytałam bohaterowie dostają zaszyfrowane wskazówki.

Poczuły się głupio. Żadna z nich nie potrafiła rozwiązywać zagadek. Kora, Nidalei i Magnolia czytały wciąż list i próbowały go zrozumieć. Jedynie Ori-Ann uśmiechała się pod nosem.

– Wiem, gdzie jest Wzgórze. Za mną – powiedziała i zniknęła w zaroślach.

Szły za nią dość długo w mroku, ale potem drzewa zaczęły się przerzedzać, a ich oczom ukazał się pagórek porośnięty trawą i mnóstwem pomarańczowych kwiatów, na którego szczycie stał ogromny głaz. Zrobiło się nagle gorąco i duszno. Czarodziejki wdrapały się na pagórek.

– Chyba nie przeniesiemy tego kamienia – Magnolia spojrzała na Ori-Ann.

Uczennica SAiO spróbowała go popchnąć i pokręciła głową.

– To bez sensu – Kora poprawiła rude włosy. – List wyraźnie mówił, że cztery części kamiennej płyty utworzą portal, że mamy być w Lotosowym Świecie przed Goldreą.

– Dla nas twoja wypowiedź nie jest do końca jasna. Nie mijając się z prawdą, nie zgłębiłyśmy jeszcze wiedzy, którą ty zdaje się, posiadasz – (zgadnijcie, kto to powiedział).

Pozostałe czarodziejki pokiwały głowami. Były one zbyt zdezorientowane, żeby cokolwiek zrozumieć. Dzisiejszy dzień otworzył nowy rozdział w ich życiu; nowe znajomości, cele, problemy – wszystko. Mimo, że Ori-Ann, Nidalei i Magnolia od dawna posługiwały się mocą, trzy nowe czarodziejki, listy schowane w księdze, kamienna płyta i tajemnicza czarownica Goldrea zupełnie je oszołomiły. Teraz do zmartwień doszedł jeszcze głaz, któremu nawet Kora nie dawała rady.

Nidalei z Magnolią usiadły w cieniu. Napiły się, posmarowały filtrem przeciwsłonecznym (dopilnowała tego Nidalei) i rozpoczęły rozmowę.

– Boję się – Magnolia oparła się o pień drzewa. Dzisiejszego dnia wypowiedziała to zdanie trzy razy. Pierwszy był tuż po przebudzeniu; śnił jej się koszmar. Za drugim razem podczas festynu, gdy uczniowie SAiO strzelali z łuków – obawiała się, że w nią lub w kogoś innego trafi zabłąkana strzała.

– Czegóż? – odpowiedziała czarodziejka powietrza po raz trzeci.

– Boję się, że zabłądzimy w tym Lesie. Boję się, że nie starczy nam jedzenia i umrzemy z głodu. Boję się czarownicy Goldrei. Boję się, że nie znajdziemy kamiennych płyt i nie uratujemy Lotosowego Świata. Boję się węży, wilków, nietoperzy, komarów, kleszczy, dzików, psów, drapieżnych ptaków. Boję się śmierci i tego strasznego Lasu. I co będzie, jak wrócimy do szkoły? Przecież uciekłyśmy z lekcji!

– Nie ma się czym martwić – Nidalei minęła się z prawdą, ale nie było to nic niezwykłego. Często kłamała z grzeczności lub żeby uspokoić Magnolię. – Kora wie dużo więcej od nas, a naszym obowiązkiem jest jej zaufać.

Nagle rozległ się szum. To zawiał wiatr, jakby chciał je ostrzec; wracajcie do domu, bo nic dobrego was tu nie spotka. Słońce zaszło za chmurami, trawa przybrała soczystszy odcień. Zrobiło się ciemno.

W tym momencie Ori-Ann zawołała pozostałe. Gestykulując nożem, objaśniła im, że głaz jest pusty w środku, więc płyta może być w nim schowana. Kora, choć żal jej było pięknego kamienia, zgodziła się. Wspólnie ustaliły, że jest tylko jeden sposób na wyciągnięcie płyty: moc ziemi.

Kora została sama na pagórku. Skupiła myśli i położyła dłoń na głazie, naciskając jego chropowatą powierzchnię. Pojawiły się małe rysy, które rosnąc, poszatkowały go tak, że wyglądał jak kartka w kratkę. Szczelin przybywało, aż po upływie dziesięciu minut z kamienia został pył. Grzebiąc rękoma w proszku, rudowłosa czarodziejka modliła się, żeby znaleźć płytę. Wreszcie natrafiła na coś twardego. Podniosła to do twarzy, żeby lepiej widzieć i roześmiała się.

czwartek, 20 lipca 2017

"Cztery" Rozdział 2

Kora uznała, że najlepiej będzie wyruszyć natychmiast, kiedy wszyscy zajmowali się festynem. – Spotkajmy się tutaj za 15 minut. Zabierzcie ze sobą wszystko, co może się przydać, ale tylko tyle, ile zdołacie unieść – obróciła się na pięcie.

– Stop – Ori-Ann chwyciła ją mocno za rękę. – nadal nic nie wiemy.

– W porządku, w porządku, tylko mnie już puść! No dobrze. Faktycznie powinnam powiedzieć wam trochę więcej. Ja posiadam moc ziemi, ty, Ori-Ann moc ognia…

– Tak jest.

– Sądzę, że Nidalei jest wiatrem, a Magnolia wodą.

– Dokładnie – Nidalei popatrzyła na Korę zdumiona. – Ale skąd ty to wszystko wiesz?

– Z listu, rzecz jasna. Może niech Ori-Ann nas spakuje, ona była już w Lesie.

– W Lesie? – zapytała Magnolia ze strachem.

– W Lesie? – zapytała Nidalei z niesmakiem.

– Skąd ty to wszystko wiesz? – Ori-Ann skrzyżowała ręce na piersiach.

– Nie ważne. Ja pójdę do swojego pokoju po zioła, a wy do pokoju Ori-Ann.

Nidalei skrzywiła się. Tak jak wszyscy bała się Or; nic dziwnego, że nie chciała zapuszczać się do internatu SAiO, a zwłaszcza do pokoju uczennicy, o której krążyły straszne opowieści. A Magnolia? Magnolii chyba było wszystko jedno; chciała tego, co jej przyjaciółka.

– Pospieszcie się – zawołała Kora z daleka.

W jakiś sposób cztery dziewczyny były przygotowane. Nie zdziwiły się zbytnio, kiedy Kora tłumaczyła im list znaleziony w księdze. Wszystkie się zgodziły, a teraz zrobiły to, co należało: Kora poszła po zioła, a pozostałe do internatu SAiO.

Pokój Ori-Ann wyglądał jak wzorcowe mieszkanie ucznia Szkoły Ataku i Obrony. Na ścianie połyskiwały noże wygrane w turniejach, jeden przy drugim. Poza tym proste łóżko, biurko z szufladami. Gdyby nie te noże, nie wiedzielibyście, że ktoś tam w ogóle mieszkał.

Ori-Ann wyjęła z szuflady trochę jedzenia i litrową plastikową butelkę. Jedzenie spakowała do plecaka, a butelkę dała Nidalei, żeby ją napełniła. Nidalei odparła, że nie ma nic przeciwko, ale jeśli coś stanie się Magnolii... – nie dokończyła, sugerując, że zrobi coś strasznego.

Ori-Ann wzruszyła ramionami. W przeciągu kilku następnych chwil nie zdarzyło się nic ciekawego, dlatego mogę spokojnie powiedzieć o ubiorze bohaterek. Choć wielu ludzi mówi: ,,Nie oceniaj książki po okładce” albo ,,Nie sądź po pozorach” wygląd mówi o nas dużo.

Nidalei przeważnie ubierała się w zwiewne sukienki. Dziś, z powodu koncertu miała na sobie białą koszulę z długimi rękawami i czarną spódnicę sięgającą za kolana. Na głowie elegancki kapelusz z dużym rondem. Wszystko po to, aby uniknąć poparzenia słonecznego.

Kora lubiła wzór kraty i krawaty – wszystko, co kojarzyło się ze szkołą.

Ori-Ann nie przywiązywała wagi do wyglądu; dla wygody nosiła krótkie włosy. Kiedyś, zapytana o to, czy zamierza je zapuścić, żeby wyglądać dziewczęco, odpowiedziała: ,,Za kilka lat zgolę się na łyso i wytatuuję sobie żółwia na głowie”. Potraktujcie to jako ciekawostkę.

Za to Magnolia ubierała się tak niepozornie, jakby chciała być niewidzialna. Można by było się rozpisywać, jakiego odcienia szarości były jej spodnie, ale ponieważ za chwilę zacznie się akcja, wrócę do naszych bohaterek.

Ori-Ann w rozmowie posługiwała się raczej gestami i półsłówkami niż okrągłymi zdaniami; wskazywała ręką na szafkę, a Magnolia wiedziała, że ma ją otworzyć, a nawet, co z niej wyjąć. Była to miła odmiana, bo Nidalei zawsze używała długich zdań, jak na przykład teraz, kiedy wróciła z łazienki.

– Butelka, o którą mnie poprosiłaś, jest napełniona w trzech czwartych. Przepraszam, że zajęło to tyle z naszego cennego czasu, który powinnyśmy spożytkować na przygotowania, jednak w Szkole Ataku i Obrony zabrakło wody i musiałam udać się do Szkoły Muzycznej. Oczywiście nie oskarżam SAiO o brak kompetencji w zakresie zapewniania uczniom niezbędnych rzeczy, ale…

Uwierzcie, że gdybym miała spisywać dokładnie wszystko, co powiedziała Nidalei, zasnęłabym, a nawet jeśli nie, to wy byście zasnęli.

Tymczasem czarodziejki ognia i wody nie przerywały pakowania.

– Podaj długi nóż…tak, ten z prawej…i ten z fioletową rękojeścią…

– Ależ Ori, to magenta – zniesmaczona Nidalei złapała się za głowę.

– Na imię mi Ori-Ann.

– Przestańcie się kłócić – rudowłosa Kora weszła do pokoju. – Widzę, że jesteście już gotowe. Czas zacząć podróż.

czwartek, 13 lipca 2017

"Cztery" Rozdział 1

Jest wiele sposobów na rozpoczęcie opowieści. Mogłabym na przykład zacząć opisem jakiegoś malowniczego krajobrazu. Palmy, klify, skały, zachody słońca, morze aż po horyzont, delfiny wyskakujące z wody przez 80 stron, potem ewentualnie dialog. Byłoby to może bardziej pożądane przez czytelników rozwiązanie, ale Zespół Trzech Szkół (kilka szarych bloków, miejsce akcji pierwszych rozdziałów) nie zawiera wyżej wymienionych elementów.

Drugi sposób to rozpoczęcie z przytupem: czterech gangsterów wpada do domu i porywa córkę milionera. To jest z kolei trochę zbyt…efekciarskie. Nie ten klimat.

Po prostu życie bohaterek biegło względnie normalnie, ale jedna chwila, jedna kartka wetknięta w grubą książkę zmieniły wszystko. Ta jedna chwila to początek całej historii.

O godzinie 9.00 Nidalei ćwiczyła grę na pianinie, Ori-Ann ostrzyła nóż, Kora czytała o początkach sadownictwa, zaś Magnolia czekała na tę pierwszą. Pół godziny później Nidalei zakładała odświętny strój, Ori-Ann dalej ostrzyła nóż, Kora myła ręce, zaś Magnolia czekała na tę pierwszą. Jednym zdaniem: wszystkie przygotowywały się do festynu najlepiej jak potrafiły i chciały.

Być może, gdybyście tak jak one posiadali magiczną moc, nie zajmowalibyście się takimi prozaicznymi czynnościami, kto wie? Ale one czuły, że powinny się ukrywać. Nie wiedziały, tak jak każdy z nas, o tym, co je czeka. Nie wiedziały, że za trzy godziny znajdą list, którego nadawca rozkaże im wyruszyć w niebezpieczną podróż. Nie wiedziały nawet, że pozostałe potrafią czarować.

Na festynie, w godzinach od 10.00 do 11.00 Ori-Ann trafiła nożem w 10 tarcz, Nidalei zagrała nokturn Chopina, Kora odebrała 19 nagród za pierwsze miejsca w konkursach przyrodniczych, a Magnolia przyglądała się wszystkiemu. Festyn organizował Zespół Trzech Szkół, w którego skład wchodziły: Szkoła Ataku i Obrony, Akademia Zielarsko Przyrodnicza i Szkoła Muzyczna. O ile łatwo jest wydedukować, dokąd chodziły trzy z czterech dziewczyn, w przypadku Magnolii robi się dużo trudniej, zwłaszcza, że tego dnia zajmowała się tylko czekaniem i oglądaniem występów. Od razu mówię, że do SM – muzyka nie była jednak jej mocną stroną. W ogóle patrząc na jej życie miało się wrażenie, że przez cały czas na coś czekała, coś obserwowała; była bierna wobec spotykających ją zdarzeń. Po południu, kiedy skończyły się występy zaczęła się luźniejsza część imprezy. Orkiestra SM grała wesołe melodie, niektórzy tańczyli, uczniowie sprzedawali szkolne lub własne wyroby, grali w gry planszowe, karciane, zespołowe, ruchowe; był to idealny moment na zwrot akcji. Właśnie wtedy Kora wpadła pomiędzy Nidalei a Magnolię.

– Musimy natychmiast odnaleźć Ori-Ann! - wołała, potrząsając rudymi lokami i książką tak grubą, że należałoby nazwać ją księgą. Ori-Ann, która stała dwa kroki dalej, zareagowała na swoje imię:

– Co się dzieje? – Kora wzięła głęboki wdech.

– Z grubsza chodzi o to, że znalazłam w tej księdze list. Wszystkie jesteśmy czarodziejkami, dlatego musimy wyruszyć w niebezpieczną podróż, w poszukiwaniu czterech ćwiartek kamiennej płyty, żeby ocalić świat przed złą czarownicą Goldreą.

– Nie do końca rozumiem – Nidalei zmarszczyła brwi.

– Szczegółów dowiecie się w drodze. Mam pewność, że jesteście czarodziejkami – nie marszcz brwi, Ori-Ann, widziałam cię w akcji – wymienionymi w liście. Teraz musimy dostać się do lasu, cokolwiek to znaczy.

– To może być jakiś skrót – powiedziała Nidalei.

– Na przykład Lotosowy Atrament Sympatyczny? Nie brzmi źle, ale…

Ori-Ann bawiła się nożem.

– Chodzi o prawdziwy Las, ale chyba ktoś tu jest zbyt inteligentny, żeby to zauważyć – pozostałe spojrzały na nią. – Ja i tak nie idę.

Magnolia wymamrotała coś w stylu: ,,W tym tygodniu chyba nie mam czasu.”

– Proszę was – Kora splotła ręce w błagalnym geście. – Musimy iść. Zostaniemy przyjaciółkami, uratujemy Lotosowy Świat, na pewno będzie też okazja do walki…

,,W sumie mam już zaliczone wszystkie przedmioty” – pomyślała Nidalei.

,,W sumie czemu nie? I tak w szkole nic się ostatnio nie dzieje. Poza tym głupim festynem, rzecz jasna.” – pomyślała Ori-Ann.

,,Powinnam uratować Lotosowy Świat” – pomyślała Magnolia. – ,,Pójdę, jeśli Nidalei się zgodzi.”

W ten sposób każda z nich odpowiedziała na list znaleziony w księdze.