wtorek, 31 października 2017

Ręka z ołowiu, serce z papieru

Anka siedziała na starym tapczanie, sącząc parującą jeszcze herbatę. Choć w kominku trzaskał ogień, odczuwała przeraźliwe zimno, sięgające do szpiku kości.

Wszedł Piotr. Usiadł obok niej, położył swoją ciepłą dłoń na jej dłoni. Anka odłożyła kubek na stolik, starając się nie zakłócić ciszy. Zacisnęła zęby. Jego dotyk aż palił.

– Wylałam herbatę – powiedziała, patrząc na pełny kubek. – Pójdę posprzątać.

Ręka Piotra stała się nagle ciężka, zaczęła wgniatać prawicę Anki w tapczan.

– Nie ma takiej potrzeby – odpowiedział przyjemnym głosem, przypominającym szelest kartki.

Dziewczyna uniosła drugą rękę i wbiła paznokcie w jego twarz, jednym ruchem odrywając policzek, połowę szyi i lewe płuco. Jego serce wyszło teraz na wierzch, wprawiając w drgania całe pomieszczenie. Jego serce złożył ktoś z ogłoszenia o zaginionej.

– Chcę się w końcu obudzić – wyszeptała Anka.

niedziela, 22 października 2017

Czy warto obejrzeć Stranger Things?

Zbliża się premiera drugiego sezonu Stranger Things i pewnie niektórzy z Was zastanawiają się, czy warto zabierać się za pierwszy.
Serial z gatunku horror/thriller/science fiction osadzony w latach 80. XX wieku opowiada o zaginięciu Willa Byersa, młodego chłopca, którego przyjaciele postanawiają szukać na własną rękę. Śledzimy także wątek jego matki, Joyce, w której domu zaczynają się dziać nadprzyrodzone zjawiska, tajemniczej dziewczynki z wytatuowanym na przedramieniu numerem 11, szeryfa, labolatorium rządowego, czy miłosnych perypetii Nancy, siostry jednego z przyjaciół zaginionego.
Teraz powiem coś pozytywnego, bo tak wypada.
Podobają mi się cztery rzeczy: muzyka - zarówno lecący w tle synthwave, jak i stare przeboje takie jak Should I Stay Or Should I Go, długość - na razie tylko 8 odcinków oraz akcja, za którą chce się podążać - choć wiele rzeczy mnie denerwowało, przez większość czasu byłam ciekawa, co się stanie dalej. Można też wyhaczyć sporo smaczków i nawiązań do innych filmów.
Koniec zalet.
Jeżeli zamierzacie obejrzeć Stranger Things, przygotujcie się na utarte schematy; typowe amerykańskie miasteczko bez charakteru,  telekinetyczne zdolności, które rozwiązują wszystkie problemy, trójka prześladowanych w szkole geeków, wymuszony wątek miłosny i wiele innych. Ten serial to klisza. Brakuje prawdziwych uczuć, mam ogólne wrażenie sztuczności i dość nachalnej stylizacji. Tak jakby producenci starali się przypomnieć za wszelką cenę, kiedy rozgrywa się akcja. Wreszcie  najważniejsze: mimo, serial jest określany mianem horroru i thrillera, nie znajduję rzeczy, których widz  miałby się naprawdę bać. Brakuje czegoś, o przez co nie mógłby zasnąć, brakuje antagonisty z krwi i kości.
Czy warto obejrzeć Stranger Things? To zależy. Jak mówiłam, serial zawiera sporą dawkę banału. Ale jeżeli lubicie takie klimaty  i chcecie po prostu trochę się rozerwać, to czemu nie? Może akurat przypadnie Wam do gustu.

czwartek, 5 października 2017

"Cztery" Rozdział 7

– Udało się – Kora uklękła zziajana na mokrej trawie.

Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Było lato, ciepłe i przyjemne, a ona, wraz z koleżankami przeżywała przygodę życia. Co z tego, że rzuciła szkołę, wszystkie obowiązki i złamała większość przepisów, łącznie z tym najważniejszym, zapisanym w Zielonej Księdze Akademii Przyrodniczej: ,,Nie wchodź do Lasu (wyjątki przewidziane w paragrafach 3, 5, 78, 102)”. Co z tego, że prawie pożarły ją wilki, co z tego, że przeszła przez dwie rzeki przez most własnej roboty i ledwo mogła siedzieć przez drżące jeszcze kolana. To były najlepsze dni w jej życiu.

– I co, Magnolia, jesteś zadowolona? – powiedziała Nidalei czesząc włosy i oglądając się w lewitującym lusterku. – Mogłyśmy wrócić do Szkoły, a teraz masz co chciałaś. Idziemy przez Las z jakąś obłąkaną dziewczyną z nożem. Co się dziwić, że się z nim nie rozstaje, to pewnie jej jedyny przyjaciel.

Wtedy Ori-Ann, która siedziała przedtem obok Kory, wstała i poszła w stronę dalszej części lasu.

– Poczekaj – zawołała Magnolia.

Nie było odpowiedzi.

– Myślicie, że się wkurzyła? – patrzyła z niepokojem na niknącą w wysokiej trawie sylwetką czarodziejki.

– Nie mam pojęcia – powiedziała Kora. – Ale nie musiałaś tak chlapać jęzorem.

– Jej to nawet nie ruszyło. Zresztą, jak się spędza całe życie na bójkach…

– Nidalei, co ty mówisz?! Jesteśmy drużyną, musimy się wspierać, a nie kłócić. Może już zapomniałaś, ale ta ,,obłąkana dziewczyna z nożem” uratowała nam życie!

Czarodziejka powietrza zbladła i ściągnęła mięśnie twarzy.

– Nie jesteśmy drużyną.

Tymczasem Ori-Ann przedzierała się przez krzewy, które wyznaczały granicę Lasu. Na jej twarzy ciernie i gałązki zostawiały czerwone rysy, ale nie dbała o to. Życie w SAiO przyzwyczaiło ją do bólu, poza tym ładna buzia liczyła się tyle co nic. Ori-Ann musiała znaleźć źródło tego dźwięku, który słyszała już na łące. Miała dobry słuch, ale raczej nie muzyczny. Kiedyś, dawno temu bardzo niemądry człowiek próbował nauczyć ją gry na skrzypcach. Cóż, zdarza się. Całe szczęście trafiła do Szkoły Ataku i Obrony. Muzyka była nieprzydatną umiejętnością, dla tych, którzy nie umieli walczyć. Dlatego właśnie poszła sama, bez Magnolii i Nidalei. No dobra, Magnolia była w porządku, ale pod butem Nidalei nie nadawała się do niczego. Kora udowodniła, że mimo swoich dziwactw ogarnie się, kiedy będzie trzeba. Mimo to, Or wolała jak zwykle działać sama. Sama, sama, sama. Dlaczego w ogóle z nimi szła? Dlaczego ktoś zrobił z nich drużynę? A może by tak poszukać ostatniej płyty na własną rękę?

Dźwięk ucichł.

W tej chwili u pozostałych dziewczyn panowała niezręczna cisza. Im dłużej jest, tym trudniej ją przerwać, toteż żadna nie odezwała się przez piętnaście minut czterdzieści trzy sekundy i siedem setnych (nie powinniście pytać, skąd to wiem, ale skoro jesteście tacy ciekawi... Kora napisała w swoim pamiętniku, że tego dnia pobiła swój rekord milczenia o trzydzieści dwie setne – uwierzyłam, bo miała dobrą pamięć do liczb i łacińskich nazw roślin).

Ori-Ann nie przychodziła już od dawna (w ciągu kwadransa wiele się może wydarzyć), a uczennica Akademii Zielarsko-Przyrodniczej niepokoiła się coraz bardziej.

– Musimy jej szukać! – zasłoniła ręką usta, zaskoczona gwałtownością swoich słów. – Musimy ją odnaleźć – powtórzyła, tym razem łagodniej. – A jeśli jej się coś stało?

Magnolia spojrzała na przyjaciółkę.

– Niestety, Magni. To zbyt niebezpieczne. Wiatr, co wieje nad naszymi głowami jest niespokojny. Coś nam zagraża.

– Coś zagraża Ori-Ann. Musimy ją znaleźć i uratować. To, że rzuca nożami i ogniem i radzi sobie sama, nie znaczy, że nie możemy jej pomóc. Mamy dług do spłacenia – Kora wstała i zanim Nidalei zdążyła krzyknąć: ,,Wracaj!” wpadła na czarodziejkę ognia. – Co... co...

– Hej. Możemy już iść dalej.

– Co robiłaś? Właśnie chciałyśmy po ciebie iść. I…mam nadzieję, że nie jesteś już obrażona. Wyszłaś tak…nagle, zaczęłyśmy się martwić.

– Nie rozumiem, o co chodzi. Czy to teraz ważne?

– Ale po tym, co powiedziała Nidalei, opuściłaś nas na dłuższą chwilę. Myślałyśmy, że się na nas gniewasz albo, że coś ci się stało. Miałyśmy już iść cię ratować.

– Nie ma takiej potrzeby – odparła Or z uśmiechem. – Dziękuję za troskę, ale chodźmy już.

Niepokój został rozproszony, lecz Magnolia miała złe przeczucia. Była pewna, że nadeszły nowe kłopoty.

poniedziałek, 18 września 2017

Wstegeszczu poleca: książki/seriale

Kiedyś byłam typowym molem książkowym - pochłaniałam około trzech książek tygodniowo, a bardziej niż jakość, liczyła się ilość. Starałam się dbać o to, żeby nigdy nie brakowało mi czegoś do czytania i dzięki temu utrzymać poziom literackiego zaspokojenia.
Teraz mogę nazwać się raczej poszukiwaczem książek; coraz rzadziej znajduję zadowalającą lekturę, żyję w ciągłej frustracji (najczęściej pod tytułem ''nie ma już dobrych rzeczy na tym świecie'', ''najwyraźniej nie lubię już książek", "na zawsze straciłam swoją pasję"), frustracji poprzetykanej przebłyskami satysfakcji. Dlatego właśnie, kiedy już znajdę coś dobrego, lubię polecić to znajomym. Przed wami serial i trzy powieści, które mi się ostatnio spodobały. Ale zacznijmy od końca:
Kot alchemika Waltera Moersa to, jak określił autor, "baśń kulinarna z Camonii", mamy więc coś na kształt high fantasy, wymyślony, niezależny od naszego świat, a w nim miejsce akcji - Sledwayę, miasto zamieszkane prawie wyłącznie przez chorych. Książka opowiada o wygłodniałym, żyjącym na ulicy krocie imieniem Echo (kocie różniącym się od innych umiejętnością mówienia oraz posiadaniem dwóch wątrób), który otrzymuje od alchemika Eissipina następującą ofertę: miejski przeraźnik Eissipin będzie dostarczał krotu jedzenie i rozmaitych rozrywek, ale po miesiącu zabije go i wygotuje z niego niezwykle cenny tłuszcz. Czytając, obserwujemy upływający czas i swego rodzaju pojedynek pomiędzy Echem a alchemikiem. Do zalet książki należy bujna wyobraźnia autora, bogaty język, rozbudowane opisy potraw, a także klimatyczne ilustracje autorstwa samego Moersa. Niestety niektóre zwroty akcji są wymuszone, a samo zakończenie nie przypadło mi do gustu. Mimo to było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie.
Mort to czwarta część słynnej serii o Świecie Dysku i pierwsza z cyklu o Śmierci, (jeżeli jeszcze Terry'ego Pratchetta nie czytaliście, możecie zacząć właśnie od niej). Powieść opowiada o terminatorze Śmierci, którego zadaniem jest wysyłać dusze w zaświaty. Z początkowymi przypadkami poradził sobie nieźle, ale nie dał rady ukrócić życia pięknej księżniczki, przez co równowaga i przeznaczenie ulegają zachwianiu. Uwielbiam absurdalne poczucie humoru Pratchetta i uważam, że jeżeli ktoś chciałby zrobić wyciąg najlepszych cytatów, musiałby przepisać książkę od początku do końca. Wielkim plusem tej części jest Śmierć, który pojawia się naprawdę bardzo często.
Następnie polecam Sokoła Maltańskiego Dashiella Hammeta - klasyk czarnego kryminału, o którym dowiedziałam się dzięki Wikipedii (jeżeli też kiedyś znalazłeś dobrą książkę dzięki tej zacnej encyklopedii, napisz w komentarzu). W biurze detektywistycznym Archera Milesa i Samuela Spade'a pojawia się niejaka panna Wonderly, która zleca odnalezienie swojej siostry. Dalej opisywać nie będę, bo akcja od razu gwałtownie przyspiesza; już po pierwszych stronach nic nie jest takie, jakim się wydawało. Jeżeli wcześniej miałam do czynienia z kryminałami, były to powieści detektywistyczne, w których bohater rozwiązywał sprawę dzięki logice i dedukcji. W świecie czarnego kryminału każdy, łącznie z detektywem ma coś na sumieniu,  a dobro i zło w czystej postaci w zasadzie nie istnieją. Sokół maltański to kwintesencja sensacji; w każdym rozdziale ktoś dostaje w twarz, składa propozycję nie do odrzucenia, trafia do aresztu, umiera,  lub przynajmniej zostaje uwiedziony przez zabójczo piękną femme fatale. Jeżeli dodamy do tego jeszcze cynicznego, twardego Spade'a, otrzymamy książkę (prawie?) idealną, od której nie można się oderwać.
Dreszczyk emocji (i nie tylko to) można także przeżyć oglądając Fargo (nie widziałam jeszcze pozostałych dwóch sezonów, ale pierwszy jest tak dobry, że MUSIAŁAM o nim napisać). Jest to historia o serii morderstw w USA w stanie Minnesota. Psychopatyczne osobowości, groza i małomiasteczkowy klimat, wszystko umieszczone w zimowej scenerii. Mnóstwo intrygujących postaci, takich jak Lester Nygaard (Martin Freeman) - agent ubezpieczeniowy, tchórz i nieudacznik, która ma dość bycia poniżanym przez innych, Lorne Malvo - manipulant, morderca i uosobienie zła, Molly Solverson, której kibicowałam - policjantka z niezachwianym kręgosłupem moralnym i wielu innych. W tej krótkiej historii przypowieści i wątki metafizyczne przeplatają się ze śmiesznostkami codziennego życia.
To już wszystko na dzisiaj, jeżeli doczytałeś do końca, powiedz co myślisz o tym poście. Może znasz którąś z książek lub serial? (jeśli tak, podziel się wrażeniami)



niedziela, 10 września 2017

"Cztery" Rozdział 6

Dochodziło południe, ale w cieniu drzew panował chłód. Szły żwawym krokiem nie odzywając się do siebie. Nidalei się obraziła, Magnolia nie wiedziała, co powiedzieć, Kora śpiewała dalej o kotletach mielonych, a Ori-Ann podrzucała swój nóż do góry. Las się przerzedził, szły po płaskim terenie. Mijały mrowiska, dziuple i gniazda, co chwilę jakaś gałązka pękała pod ich stopami. Słychać było szum płynącej wody. Jednak mimo tego, że przeżywały przygodę bez nauczycieli, lekcji i obowiązków, za to z magicznymi mocami i pięknymi widokami, mimo tych wspaniałości po kilku godzinach jednostajnego marszu przestały mieć ochotę na cokolwiek.

– Dokąd idziemy? – zapytała Magnolia.

– Nie wiem – Ori-Ann przystanęła na chwilę.

– Jak to: nie wiesz – Kora uniosła rękę w oburzeniu. – Myślałam, że nas prowadzisz.

– Żeby was prowadzić musiałabym zrozumieć ten głupi wierszyk – Ori-Ann schowała nóż. – No dalej, wytłumacz mi.

– Dajcie mi się zastanowić – rudowłosa przyłożyła rękę do skroni. – ,,Dwie znajdziesz w przeciwnych.” ,, Dwie znajdziesz w przeciwnych.” Co to może znaczyć? Dwie, oczywiście chodzi o płyty. Przeciwne to przeciwieństwa. To znaczyłoby, że jedna płyta jest na lądzie, a druga w wodzie. Ale to i tak niczego nie wyjaśnia! Nie mam pojęcia, gdzie to jest.

– Idziemy dalej – Ori-Ann poszła dalej.

– To dobry pomysł – stwierdziła Kora. – Zatrzymajmy się wtedy, kiedy coś wymyślimy. Albo na obiad.

Nidalei powiedziała, że nie mają szans odnaleźć małej płyty, chodząc po lesie i oczekując, że na nią wpadną, ale z braku pomysłu ruszyła za Ori-Ann, Magnolią i Korą.

Las wciąż się przerzedzał, aż w końcu znalazły się na pasie gołej ziemi. Było dziwnie ciepło, a z każdym krokiem żar wzmagał się i wzmagał.

– Zostało nam jeszcze trochę wody? – zapytała Nidalei. – Chyba zaczynam się gotować – dodała ze zbolałą miną.

W odpowiedzi Magnolia rozczapierzyła ręce i z każdego palca trysnęła świeża woda, szybko jednak wyparowała. Chwilę później zauważyły strome zbocze i wąwóz. Podeszły blisko krawędzi i spostrzegły niezwykłą rzecz: w dole płynęły dwie rzeki, jedna pełna wody, druga pełna lawy.

– To niemożliwe – Kora wytrzeszczyła oczy. – To znaczy, czytałam już o takich zjawiskach…

– To jest niesamowite – wyszeptała Ori-Ann, ale zaraz potem dodała rzeczowo. – Musimy przedostać się na drugą stronę. O, tam tam coś widzę. Może nam się przydadzą.

Czarodziejka ognia miała na myśli dwie kolumny stojące po jednej w każdej rzece, sięgające szczytu urwiska. Dziewczyny poszły tam i zaczęły myśleć. Kora utworzyła most z gałęzi, które niestety spopieliły się. Wtedy z rąk czarodziejki wody zaczęły się sypać bryły lodu, Nidalei siłą wiatru utrzymywała je w powietrzu. Nic już nie przeszkadzało Korze utworzyć mostu z gałęzi.

Nie miały teraz wiele czasu. Ori-Ann zaoferowała, że przejdzie pierwsza. Ostrożnie stawiała stopy na gałęziach, wiedząc, że jeśli spadnie, zginie. Kiedy patrzyła w dół, czuła się, jakby stała na dachu wieżowca. Gorzej, bo dach jest przynajmniej stabilny. Co prawda Kora przysięgała, że użyła najtrwalszego materiału z wierzbitki malinej, choć pewnie tylko po to, żeby nie iść najpierw. Tchórz. One wszystkie były tchórzami. Oby tylko nie spadła... Udało się. Dotarła do pierwszej kolumny. Sprawdzając, czy wytrzyma ciężar ciała, stanęła na niej. Obok swoich stóp zobaczyła niebieską ćwiartkę płyty.

,,Dwie znajdziesz w przeciwnych”.

A więc o to chodziło. Kątem oka dostrzegła czerwoną plamkę na drugiej kolumnie. Woda w ogniu, ogień w wodzie. Tylko dlaczego Goldrea nie atakuje? Ori-Ann przedostała się na drugą stronę, zabierając trzeci kawałek kamiennej płyty. Tymczasem Magnolia ostatkiem sił wytworzyła bryły lodu. Kora przeszła druga, Magnolia trzecia. Nidalei wzbiła się w powietrze i przeleciała nad mostem.

piątek, 25 sierpnia 2017

"Młody Poeta vs. Miłość"

Młody Poeta siedział przy swoim biurku i, podparłszy ręką brodę, wyglądał za okno, obserwując urbanistyczny krajobraz.
„Gdyby tak zechciała odwiedzić mnie Wena” – rozmyślał. – „Albo inna piękna idea. Wolność…Może Nadzieja.”
Tuż za nim zmaterializowała się Miłość pod postacią grubej nastolatki.
– O – powiedział, a zabrzmiało to niezwykle elokwentnie. – Dobrze, że jesteś. Właśnie chciałem napisać wiersz, więc może mógłbyś mnie natchnąć…Powiedzieć, jak się czujesz…czy coś.
– Jestem głodna.
– A – Młody Poeta prawdopodobnie znowu o czymś pomyślał, tylko, że tym razem kompletnie nie było tego po nim widać. – Niestety nie mam nic do jedzenia.
Dziewczyna uśmiechnęła się uprzejmie, acz z pewną dozą politowania.
– Wrzuciłeś naleśnika na patelnię dwie minuty temu. Ach, ci artyści! – zaśmiała się, ale samemu artyście wcale do śmiechu nie było.
Wystrzelił jak z procy do kuchni i w ostatnim momencie uratował sytuację, przerzucając placka na drugą stronę. Kiedy spód ciasta się zarumienił, mężczyzna zdjął naleśnika z patelni i położył na talerzu przed Miłością. Już chciał zapytać, czy nie chciałaby cukru albo dżemu, ale ona rzuciła się na jedzenie jak dzikie zwierzę.
– Bardzo dobry – otarła usta wierzchem dłoni.
– Wiem, też zamierzałam go zjeść – odpowiedział smutno, jednocześnie zastanawiając się, jak ładnie opisać twarz dziewczyny, pomijając już nawet kapiący z podbródka tłuszcz. Czytelnicy jego bloga oczekiwali raczej estetycznie nacechowanych treści, a co było pięknego w grubej dziewczynie w stanie spożywania naleśnika?
– Zrób jeszcze jednego – poprosiła.
Młody Poeta szybko zabrał się za kolejną porcję, próbując powstrzymać uczucie obrzydzenia, jakiego doznał widząc to ucieleśnienie łakomstwa i przyziemnych przyjemności. Co jakiś czas zerkał jednak na Miłość kątem oka, aż jego wrażenie zmieniło się. Poczuł ciepło bijące zarówno od niej jak i od rozgrzanego palnika, a także spokój i szczęście. Zamyślił się głęboko, a kiedy otworzył oczy, już jej nie było. Został sam w pustym mieszkaniu.
Tego dnia postanowił opisać słowami nastrój, którego doświadczył. Obiecał sobie, że kiedyś, w dalekiej przyszłości napisze o Miłości doskonały, pełen prostoty wiersz, który poruszy nawet najbardziej zatwardziałe serce. Na razie jednak zaserwował czytelnikom swojego bloga przepis na naleśniki.












sobota, 12 sierpnia 2017

"Cztery" Rozdział 5

– Jeszcze raz – poprosiła Nidalei

Kora zaczęła od początku:

– Jesteśmy czarodziejkami. Ja posługuję się mocą ziemi; roślinami, skałami…Ty poruszasz wiatrem, Magnolia ma moc wody, a Ori-Ann ognia. Nasze zdolności nie są jednak dziełem przypadku, zostałyśmy wezwane na misję. Musimy uratować Lotosowy Świat przed czarownicą. W świecie tym znajdują się ogromne pokłady energii magicznej i jeśli Goldrea się do nich dostanie…

– Nie dostanie się – wtrąciła Ori-Ann.

– Ale żeby się nie dostała, musimy być tam przed nią. Do tego właśnie służą cztery części kamiennej płyty, są naszym portalem do Lotosowego Świata. Zdobyłyśmy zieloną ćwiartkę, a chwilę później zaatakowały nas wilki, co według mnie jednoznacznie wskazuje na to, że to właśnie Goldrea depcze nam po piętach. Oddaliłyśmy się nieznacznie od polany – mówiąc to, z zachwytem spojrzała na złote promienie słońca zatrzymane na drzewach – i na razie jesteśmy bezpieczne. Ach, zapomniałabym! – w ułamku sekundy poderwała się z ziemi. – Otrzymałyśmy też drugą wskazówkę. Wyruszamy natychmiast.

– Zmrok już zapada – powiedziała Ori-Ann. – Wróćmy się na polanę. Rozpalę tam ognisko.

Tak zrobiły. Ori-Ann wzięła pierwszą wartę (drugą miała Kora, ale prawie natychmiast zasnęła), a pozostałe czarodziejki położyły się spać.

Wczesnym rankiem obudziły się, a właściwie obudziła je Magnolia, która podchodziła do każdej z nich i szturchała lekko. Po chwili, gdy wszystkie były już rozbudzone, zawołała: ,,Czas na śniadanie” i wyjęła zza pleców cztery szklanki z wodą na przezroczystej tacy.

– Jak zrobiłaś szkło?! – czarodziejka ziemi krzyknęła ze zdziwienia.

Sądziła, że jeżeli ktokolwiek, to ona miała monopol na szklanki.

Magnolia uśmiechnęła się tylko patrząc, jak Kora bierze do ręki wodę i uświadamia sobie, że…

– To przecież lód – na co czarodziejka wody pokiwała głową.

To rozluźniło atmosferę. Po kilku minutach śmiały się razem, rozmawiały o szkole, pracy i obowiązkach, ale też o przyjemnościach i zainteresowaniach; książkach, muzyce klasycznej, rzucaniu nożami, zielarstwie i spacerach. Mówiły także o swoich problemach; Korę na przykład wiele osób uważało za szaloną kujonkę (choć spędzała przy nauce tylko trzy godziny dziennie), za to Nidalei cierpiała z powodu zbyt dużej popularności.

– Wielkim jest utrapieniem to całe tałatajstwo. Zaledwie zasiądę do ćwiczeń, a ktoś no nie wiem…na przykład zaprasza mnie na urodziny. Najgorsze jest to, że czasami te przyjęcia odbywają się w tym samym czasie.

Miło im czas upływał. Dziewczyny zgłodniały, toteż Ori-Ann rozdała porcje chleba, Kora zaś wyhodowała jabłonkę. Wszystkie patrzyły z zachwytem jak drzewko się rozgałęzia, kwitną białe kwiatki, płatki opadają i rodzą się owoce. A to wszystko w przeciągu minuty!

– Nie zmęczyłaś się? – zapytała Nidalei z troską.

– Nie – rudowłosa zmarszczyła brwi. – To dziwne, prawda? Czuję tę moc nie w sobie, ale jakby przypływała z zewnątrz.

– Może czerpiesz ją z ziemi – zasugerowała Magnolia.

Chwila za chwilą upływała w ciszy. Poczuły się spokojniejsze. Już nie miotała nimi niepewność; wiedziały (na tyle na ile Kora im wytłumaczyła) co mają robić, czuły, że są wśród swoich, że nie muszą się ukrywać. Nidalei kilka razy otwierała usta, żeby przemówić, ale za każdym razem coś jej przeszkadzało: ptak zaćwierkał w zaroślach albo też ona sama wymyślała powody do milczenia, nieważne. Wreszcie się zdobyła.

– Wiesz, Ori-Ann…– zaczęła trochę nieporadnie. – Muszę cię…przeprosić. Myślałam do niedawna, że jesteś agresywna, że trochę dzikuska, takie były plotki i ja im wierzyłam. Na pierwszy rzut oka wydajesz się trochę ostra, ale gdyby nie ty, nie poradziłybyśmy sobie. Przepraszam bardzo…Naprawdę.

Ori-Ann jak gdyby nie usłyszała. Wpatrywała się gdzieś w dal i mrużyła oczy w skupieniu. Mechanicznie przekładała nóż z ręki do ręki. Ja, choć piszę o niej i pewnie niektórzy sądzą, że ją stworzyłam, nie potrafię przejrzeć jej myśli. Może wsłuchiwała się w głos własnego serca. A może nie.

– Musimy iść – powiedziała.

– Or, zostańmy jeszcze chwilkę – Nidalei popatrzyła na swoją przyjaciółkę, Magnolię. – Wszystkie jesteśmy zmęczone.

– Musimy iść – powiedziała Ori-Ann, zaciskając palce na nożu.

Nidalei była wściekła.

– Zabierz to ode mnie – cedziła przez zęby. – Nie będziesz mi grozić, ty idiotko!

Czarodziejka ziemi pokręciła głową. Z początku tylko przypatrywała się kłótni, ale widząc, że sytuacja się zaognia, spróbowała przemówić im do rozsądku. Jednak prośby i argumenty zawiodły. Kora nie miała wyboru – przyłożyła ręce do ziemi, a między walczącymi wyrósł kamienny mur.

– Spokój – krzyknęła. – Zagłosujmy, ale się nie kłóćmy. Osobiście uważam, że należy iść. Goldrea pewnie przygotowuje już dla nas kolejne stado wilków. Ori-Ann nie zmieniła zdania…A wy?

– Z tego powodu ja i Magnolia chcemy jeszcze odpocząć – Nidalei skrzyżowała ręce na piersiach. – Musimy mieć siłę do dalszej wędrówki. I walki, jeśliby zaszła taka potrzeba.

Znowu zaczęły się kłócić. Czarodziejki ognia i ziemi mówiły o zagrożeniach, zapasach jedzenia i Lotosowym Świecie, który czekał na ratunek. Nidalei chciała dać czas przyjaciółce.

– W takim razie my idziemy, a wy zostajecie.

Magnolia nerwowo żuła kosmyk włosów patrząc to na Nidalei, to na odchodzące towarzyszki. Czy Nidalei miała rację? Dlaczego najpierw przepraszała Ori-Ann, żeby później być tak wredną? Przecież one prawie się pobiły…Z kim powinna pójść, z kim przetrwa dłużej? Czy odegra istotną rolę w walce o Lotosowy Świat, czy też dla dobra sprawy powinna zawrócić?

– Czy chcesz iść dalej? – ostry głos wyrwał ją z zamyślenia.

Zadrżała z zimna i lęku. Co powinna powiedzieć? Czy miała w ogóle jakiś wybór? Co to w ogóle za pytanie? Czy Nidalei wystawiała ją na próbę? Czy to było jedno z tych podchwytliwych pytań? Magnolia była prawie pewna, że jeśli odpowie źle, przyjaciółka nie odezwie się do niej przynajmniej przez tydzień. Spojrzała w jej zimne, stalowoszare oczy.

,,No dalej, zrób coś” – pomyślała. – ,,Masz 50 procent szans na trafienie.”

– Tak.

– W takim razie chodźmy.