środa, 7 lutego 2018

"Cztery" Rozdział 9

Pobojowisko wyglądało osobliwie. Wokół czterech czarodziejek leżały setki zamrożonych kruków. Kora, Nidalei i Ori-Ann wpatrywały się w Magnolię.

– Jak tego dokonałaś? – pytały. – Magni, nic ci nie jest? Skąd wiedziałaś, co zrobić?

– No…– dziewczyna zarumieniła się. – Nie wiem. Ale dla najlepszych przyjaciółek było warto.

Zapadła cisza. Było oczywiste, że nie uważają się za przyjaciółki. Współpracowniczki – tak, koleżanki – jak najbardziej, ale nic więcej. Miały zadanie i tylko ono trzymało je razem. Magnolia zauważyła, że coś jest nie tak i postanowiła zmienić temat.

– Czy wiemy już, gdzie jest czwarta płyta?

– Przed chwilą przeglądałam księgę. Nic nie znalazłam. Ona jest naprawdę gruba, pewnie ostatnia wskazówka gdzieś się zawieruszyła. Jutro na pewno coś wymyślimy, ale robi się ciemno i musimy znaleźć jakieś bezpieczne miejsce…O, widzę coś.

,,Coś” było okrągłymi, ciemnozielonymi drzwiami umieszczonymi w pniu drzewa. Kora chciała pociągnąć za rdzewiejącą klamkę, ale jej ręka zatrzymała się w połowie drogi.

– Myślicie, że możemy tak po prostu wejść?

– Należałoby kulturalnie zapukać – zanim Nidalei zdążyła pomyśleć: ,,jaka ona jest źle wychowana” usłyszała walenie pięścią i okrzyki znajomej.

– Halo! Jest tam kto?! Haaaaaaalo! To bez sensu – dodała ciszej. – Dlaczego nie możemy po prostu ich otworzyć?

– Hmmm…– Nidalei zdawała się być rozdarta pomiędzy dobrym wychowaniem, a perspektywą spędzenia kolejnej nocy pod gołym niebem. – No…jest zimno, niewygodnie i …– przez chwilę szukała argumentu, ale niebo przyszło jej z pomocą. – I właśnie zaczęło padać. Magnolia, otwórz drzwi – widząc dziwne spojrzenia Or i Kory, dodała: – W ten sposób będziesz chroniona. Gdyby coś nas zaatakowało, ty staniesz bezpiecznie za drzwiami.

Oczywiście czarodziejka powietrza kazała zrobić to dla dobra przyjaciółki (nie, żeby nie chciało jej się otwierać drzwi i brudzić rąk rdzą), mimo to Magnolia powiedziała:

– Naprawdę nie wiem, czy powinnyśmy tam wchodzić. Tajemnicze drzwi w środku Lasu…to musi być pułapka, ja to czuję. Poza tym, czy my spodziewamy się znaleźć apartament z czterema łóżkami w pniu drzewa?

– Proszę, otwórz je.

Magnolia nacisnęła klamkę. Weszły gęsiego do wydrążonego pnia i zeszły schodkami w dół. Przed nimi ciągnął się długi, wąski korytarz oświetlony słabo żarówkami wystającymi z sufitu na kablach. Sufit, czyli ubita ziemia nad ich głowami był tak nisko, że Nidalei, najwyższa z czarodziejek musiała się schylać. Dziewczyny otwierały drzwi po lewej i prawej stronie, oglądały wnętrza i szły dalej. W ten sposób zobaczyły czternaście pokojów, w tym: sypialnię z łożem małżeńskim, kuchnię z pomarańczową lodówką, drewnianym stołem i dwoma krzesłami, spiżarnię, do której prowadziły stalowe drzwi z okienkiem zamykane na siedem spustów (nie dostały się oczywiście do środka), sypialnię z dwoma szerokimi łóżkami, gabinet-biblioteczkę w której znajdowała się połowa z toplisty dziesięciu najlepszych książek wg Kory oraz sypialnię z materacem i tapczanem. Na suficie znajdowały się okna, które można było zdalnie (przez naciśnięcie guzika) zasłonić mchem od wewnątrz, żeby nie było ich widać. Dom spodobał się wszystkim, a najbardziej Korze. Wychwalała koronkowy obrus na stole, szafeczki i komody w roślinne motywy, fotel na biegunach…

– Zostańmy tu na noc…– poprosiła, robiąc psie oczy do Nidalei, Magnolii i Ori-Ann. – Ta nora jest piękna! Jeśli spotkamy gospodarzy, to wszystko im wyjaśnimy. Razem usiądziemy przy stole i opowiemy im co nam się przytrafiło, a kiedy już uratujemy Lotosowy Świat, wrócimy tu i odwiedzimy ich jeszcze raz, a potem jeszcze raz…

– Po moim trupie!

Czarodziejki odwróciły się. Przed nimi stała lisouszka krecionoga, największy przedstawiciel chomików z największymi lisimi uszami na świecie. Jej rude futro sterczało na wszystkie strony, a pyszczek rozszerzał grymas przypominający uśmiech psychopaty. Była prawie tak wysoka jak człowiek, a długa jak dziesięciu ludzi stojących w kolejce po zakupy.

– Co wy tu robicie?! Wynocha, powtarzam, wynoście się z mojego domu! – krzyknęła grubym głosem.

– Ależ…panie lisouszko – powiedziała Kora.

– Jestem kobietą! – stworzenie wydało z siebie huk po czym tupnęło krecią nogą. – Na imię mi Berta. No, skoro już powiedziałam siedemnaście słów, powiedzcie mi, skąd jesteście i po co przyszłyście. Ludzie zwykle nie idą dalej niż do rzeki – to mówiąc, Berta zaprowadziła wciąż jeszcze przestraszone czarodziejki do jednego z sapłyjów, czyli pokojów z kominkiem i wskazała im krzesła. Sama założyła różowy fartuszek i usiadła w bujanym fotelu. Dziwne, ale wydawała się teraz dwa razy mniejsza.

Kora opowiedziała jej całą historię, od znalezionego w księdze listu przez przejście przez Podwójną, skończywszy na znalezieniu nory.

– Ma pani naprawdę piękny dom – zakończyła.

– Nie zbudowałam go sama – oświadczyła skromnie Berta, choć w rzeczywistości promieniała z dumy. – Pomagał mi mąż i oczywiście kuzyn, stary Tom. Nie ma ich tutaj, są na Szilce. A, wy nie wiecie, co to jest Szilka, no tak. Ciągle zapominam, że nie jesteście lisouszkami – zaśmiała się niskim, przyjemnym głosem.

Za to Ori-Ann, Nidalei i Magnolia przez cały czas pamiętały, że Berta nie jest człowiekiem. Patrzyły, jak otwierała i zamykała usta, jak gestykulowała łapkami i jak Kora jej odpowiadała. Nie mogły w to uwierzyć. Tymczasem rozmowa toczyła się gładko. Lisouszka opowiadała właśnie o Szilce (dorocznej ceremonii kopania korytarzy w Podziemnym Zamku Lisouszon), gdy nagle coś jej się przypomniało.

– Mówiłaś o jakiejś czarownicy, prawda?

– Tak, o czarownicy Goldrei. Wiesz coś o niej?

– Hmm…– mruknęła Berta, patrząc w przestrzeń, jakby przypominała sobie zdarzenia z dalekiej przeszłości. Przez jej twarz przebiegł grymas bólu i otworzyła usta, ale zaraz potem je zamknęła, jakby to, co miała powiedzieć było zbyt okropne i przerażające, żeby dało się przecisnąć przez gardło. Trzy razy westchnęła głośno. Potem wstała z fotela, a z komody, stojącej naprzeciw kominka wyciągnęła gruby zeszyt. Przekartkowała go. – Nie, nie przypominam sobie. Opowiedz o niej coś więcej, jak wygląda, co lubi jeść…

– No więc…Tak naprawdę nie wiemy o niej zbyt wiele. Jest zła i chce dostać się do Lotosowego Świata, żeby ukraść moc, która się w nim znajduje, to tyle. Musimy jeszcze odnaleźć czwartą płytę, ale nie dostałyśmy wskazówki, gdzie ona może być. Podpowiedzi zawsze znajdywałam pomiędzy siedemdziesiątą a siedemdziesiątą pierwszą stroną księgi.

– Mówiłaś mi o tym przed chwilą – przerwała Berta. – Zastanawia mnie tylko, dlaczego posłuchałyście nie wiadomo kogo, jakiejś karteczki włożonej między bajki. Ktoś was ewidentnie oszukuje!

– Ale…

– Nie trzeba być waszym sprzymierzeńcem, żeby wiedzieć o tych całych mocach. Mi na przykład powiedziałaś od razu, a nie ciekawiło mnie to i was nie pytałam.

– Ale ty…

– Nie jestem waszym sprzymierzeńcem. Przyjemnie mi się z tobą rozmawia, ale włamałyście się do mojego domu, w związku z tym nie ufam wam i nie chcę pakować się w sprawy, o których nawet wy macie mgliste pojęcie. Jak sądzę chciałybyście się u mnie zatrzymać. Mogę dać wam dwa pokoje – dodała usłyszawszy potwierdzenie. – Ale pod jednym warunkiem: przestaniecie szukać tych płyt i pojutrze (jutro pokażę wam Lisouszon) wrócicie do szkoły.

Kora już wstała, żeby zaprotestować, ale Nidalei weszła jej w słowo:

– Oczywiście. To niewiarygodnie bezmyślne z naszej strony, że dałyśmy się porwać temu niedorzecznemu pomysłowi. Cieszymy się, że wlała pani w nasze młode umysły trochę rozsądku.

– W takim razie jestem usatysfakcjonowana – powiedziała Berta ze śmiechem. – Zaprowadzę was do sypialni. Będziecie spały po dwie w jednym pokoju, więc dobierzcie się w pary i chodźcie za mną.

Kora skrzywiła się. Tysiąc razy bardziej wolałaby spać na deszczu niż obiecać komukolwiek, a zwłaszcza lisouszce, że przestanie szukać kamiennych płyt. Była w pokoju z Ori-Ann, która ostatnio zachowywała się dość dziwnie. Czuła, że musi wszystko z kimś przedyskutować, postanowiła więc wybrać się do Nidalei.

czwartek, 14 grudnia 2017

"Cztery" Rozdział 8

– Więc tu zaatakowały nas wilki, tu był ten duży kamień, a tu płynie podwójna rzeka – mamrotała Kora, rysując coś w ciemnozielonym notatniku.

– Podwójna – Magnolia utworzyła kroplę wody i dla zabawy kazała jej latać pomiędzy drzewami. – Ciekawa nazwa. I bardzo pasuje.

– Dzięki, może rzeczywiście. Ale najgorsze jest to, że nie znamy powrotnej drogi. Mój kompas tutaj wariuje, a mapa opisuje Las jako wielką, zieloną plamę. Niewielu odważyło się zapuścić tak daleko, jak my, a jeszcze mniej wróciło. Krążą mrożące krew w żyłach opowieści (w większości prawdziwe, jak ta o podwójnej).

Nidalei włączyła się do rozmowy.

– Mnie zawsze ciekawiło to, że w świecie wysoko rozwiniętych technologii nikt nigdy nie wykorzystał Lasu. Nie było wycinki drzew, nie postawiono hotelu, nawet samoloty nad nim nie przelatują. Żeby narysować mapę, wystarczyłoby nad nim przelecieć.

– O ile wiem, odbyły się trzy loty: dwa samolotami, jeden helikopterem. Wszystko porozbijało się właśnie tutaj. Od tamtej pory miejsce uznano za przeklęte.

– Dlatego to takie dziwne, że my tu przyszłyśmy – Magnolia przyklękła, żeby zawiązać but i ruszyły dalej. – I, że się nie boicie. Bo się nie boicie, prawda?

– Mniejsza o to – Kora wyciągnęła z torby księgę. – Mamy już trzy ćwiartki: zieloną, błękitną i czerwoną. Powinnyśmy dostać ostatnią wskazówkę, a tu nic. Ej, a tak poza tym, myślicie, że Goldrea coś szykuje? Niemożliwe, żeby jedyną jej bronią było to stado wilków, które pokonałyśmy. Or, co o tym myślisz?

– Nie wiem, damy jej radę.

– Hmm. Obyś miała rację. W końcu została nam jedna płyta.

Szły dalej, zastanawiając się. Czy Goldrea uderzy raz jeszcze? Kim jest osoba, która dawała im wskazówki? Czy dowiedzą się, gdzie znajduje się ostatnia ćwiartka? Jakiego będzie koloru? Niezależnie od pytań, które sobie zadawały i odpowiedzi na nie, miały szczęście, że Magnolia spojrzała w niebo. Natomiast nieszczęście polegało na tym, że nic nie powiedziała. Zamarła z rozwartymi ustami i palcem skierowanym w górę. Zauważyły to i zamiast, tak jak ona popatrzeć, zaczęły ją uspokajać. Wtedy usłyszały wrzask i zobaczyły ptaki kołujące nad ich głowami.

Nidalei stworzyła wir, który wypychał je, aby nie dosięgły czarodziejek. Wszystkie znajdowały się w oku cyklonu.

– Co robimy?! – zawołała, przekrzykując świst powietrza. – Ori-Ann, zrób coś!

Czarodziejka ognia wyciągnęła przed siebie ręce.

– Nic z tego. Musiały mi zabrać moc, kiedy przelatywały. Chyba żartujesz – odpowiedziała na pytanie Kory. – Ich jest za dużo, żeby rzucać nożami.

– Kora, ty nie straciłaś mocy, ty Magnolia też nie – Nidalei obróciła się. – Magnolia?

Czarodziejka wody leżała nieprzytomna.

– No tak, zapomniałam, że boi się kruków – wymamrotała Nidalei. – Będziemy musiały poradzić sobie we dwie.

Dziewczyna dalej odpychała ptaki powietrzem, ale tym razem zrobiła w wirze dziurę, w której wiatru nie było. Przez ten otwór Kora rzucała kamieniami i po kolei strącała je na ziemię. Zabierało to sporo czasu, a nad głowami czarodziejek wciąż wisiała chmara.

– Obudź Magnolię – czarodziejka z trudem utrzymywała wiatr w ryzach.

Kora pochyliła się nad dziewczyną.

– Mam coś na takie okazje – wyciągnęła z torby brązową buteleczkę, nalała kilka kropel na dłoń i wsmarowała w czoło zemdlonej, która po kilkunastu sekundach ocknęła się.

– Musisz coś zrobić z tymi ptakami.

Magnolia zamrugała oczami. Słońce raziło ją w oczy. Spojrzała na Nidalei, na jej ręce wyciągnięte w górę. Na kruki, które próbowały przebić się przez wietrzną tarczę. Wstała i wyszeptała kilka słów. Wszystkie ptaki spadły na ziemię.

wtorek, 31 października 2017

Ręka z ołowiu, serce z papieru

Anka siedziała na starym tapczanie, sącząc parującą jeszcze herbatę. Choć w kominku trzaskał ogień, odczuwała przeraźliwe zimno, sięgające do szpiku kości.

Wszedł Piotr. Usiadł obok niej, położył swoją ciepłą dłoń na jej dłoni. Anka odłożyła kubek na stolik, starając się nie zakłócić ciszy. Zacisnęła zęby. Jego dotyk aż palił.

– Wylałam herbatę – powiedziała, patrząc na pełny kubek. – Pójdę posprzątać.

Ręka Piotra stała się nagle ciężka, zaczęła wgniatać prawicę Anki w tapczan.

– Nie ma takiej potrzeby – odpowiedział przyjemnym głosem, przypominającym szelest kartki.

Dziewczyna uniosła drugą rękę i wbiła paznokcie w jego twarz, jednym ruchem odrywając policzek, połowę szyi i lewe płuco. Jego serce wyszło teraz na wierzch, wprawiając w drgania całe pomieszczenie. Jego serce złożył ktoś z ogłoszenia o zaginionej.

– Chcę się w końcu obudzić – wyszeptała Anka.

niedziela, 22 października 2017

Czy warto obejrzeć Stranger Things?

Zbliża się premiera drugiego sezonu Stranger Things i pewnie niektórzy z Was zastanawiają się, czy warto zabierać się za pierwszy.
Serial z gatunku horror/thriller/science fiction osadzony w latach 80. XX wieku opowiada o zaginięciu Willa Byersa, młodego chłopca, którego przyjaciele postanawiają szukać na własną rękę. Śledzimy także wątek jego matki, Joyce, w której domu zaczynają się dziać nadprzyrodzone zjawiska, tajemniczej dziewczynki z wytatuowanym na przedramieniu numerem 11, szeryfa, labolatorium rządowego, czy miłosnych perypetii Nancy, siostry jednego z przyjaciół zaginionego.
Teraz powiem coś pozytywnego, bo tak wypada.
Podobają mi się cztery rzeczy: muzyka - zarówno lecący w tle synthwave, jak i stare przeboje takie jak Should I Stay Or Should I Go, długość - na razie tylko 8 odcinków oraz akcja, za którą chce się podążać - choć wiele rzeczy mnie denerwowało, przez większość czasu byłam ciekawa, co się stanie dalej. Można też wyhaczyć sporo smaczków i nawiązań do innych filmów.
Koniec zalet.
Jeżeli zamierzacie obejrzeć Stranger Things, przygotujcie się na utarte schematy; typowe amerykańskie miasteczko bez charakteru,  telekinetyczne zdolności, które rozwiązują wszystkie problemy, trójka prześladowanych w szkole geeków, wymuszony wątek miłosny i wiele innych. Ten serial to klisza. Brakuje prawdziwych uczuć, mam ogólne wrażenie sztuczności i dość nachalnej stylizacji. Tak jakby producenci starali się przypomnieć za wszelką cenę, kiedy rozgrywa się akcja. Wreszcie  najważniejsze: mimo, serial jest określany mianem horroru i thrillera, nie znajduję rzeczy, których widz  miałby się naprawdę bać. Brakuje czegoś, o przez co nie mógłby zasnąć, brakuje antagonisty z krwi i kości.
Czy warto obejrzeć Stranger Things? To zależy. Jak mówiłam, serial zawiera sporą dawkę banału. Ale jeżeli lubicie takie klimaty  i chcecie po prostu trochę się rozerwać, to czemu nie? Może akurat przypadnie Wam do gustu.

czwartek, 5 października 2017

"Cztery" Rozdział 7

– Udało się – Kora uklękła zziajana na mokrej trawie.

Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Było lato, ciepłe i przyjemne, a ona, wraz z koleżankami przeżywała przygodę życia. Co z tego, że rzuciła szkołę, wszystkie obowiązki i złamała większość przepisów, łącznie z tym najważniejszym, zapisanym w Zielonej Księdze Akademii Przyrodniczej: ,,Nie wchodź do Lasu (wyjątki przewidziane w paragrafach 3, 5, 78, 102)”. Co z tego, że prawie pożarły ją wilki, co z tego, że przeszła przez dwie rzeki przez most własnej roboty i ledwo mogła siedzieć przez drżące jeszcze kolana. To były najlepsze dni w jej życiu.

– I co, Magnolia, jesteś zadowolona? – powiedziała Nidalei czesząc włosy i oglądając się w lewitującym lusterku. – Mogłyśmy wrócić do Szkoły, a teraz masz co chciałaś. Idziemy przez Las z jakąś obłąkaną dziewczyną z nożem. Co się dziwić, że się z nim nie rozstaje, to pewnie jej jedyny przyjaciel.

Wtedy Ori-Ann, która siedziała przedtem obok Kory, wstała i poszła w stronę dalszej części lasu.

– Poczekaj – zawołała Magnolia.

Nie było odpowiedzi.

– Myślicie, że się wkurzyła? – patrzyła z niepokojem na niknącą w wysokiej trawie sylwetką czarodziejki.

– Nie mam pojęcia – powiedziała Kora. – Ale nie musiałaś tak chlapać jęzorem.

– Jej to nawet nie ruszyło. Zresztą, jak się spędza całe życie na bójkach…

– Nidalei, co ty mówisz?! Jesteśmy drużyną, musimy się wspierać, a nie kłócić. Może już zapomniałaś, ale ta ,,obłąkana dziewczyna z nożem” uratowała nam życie!

Czarodziejka powietrza zbladła i ściągnęła mięśnie twarzy.

– Nie jesteśmy drużyną.

Tymczasem Ori-Ann przedzierała się przez krzewy, które wyznaczały granicę Lasu. Na jej twarzy ciernie i gałązki zostawiały czerwone rysy, ale nie dbała o to. Życie w SAiO przyzwyczaiło ją do bólu, poza tym ładna buzia liczyła się tyle co nic. Ori-Ann musiała znaleźć źródło tego dźwięku, który słyszała już na łące. Miała dobry słuch, ale raczej nie muzyczny. Kiedyś, dawno temu bardzo niemądry człowiek próbował nauczyć ją gry na skrzypcach. Cóż, zdarza się. Całe szczęście trafiła do Szkoły Ataku i Obrony. Muzyka była nieprzydatną umiejętnością, dla tych, którzy nie umieli walczyć. Dlatego właśnie poszła sama, bez Magnolii i Nidalei. No dobra, Magnolia była w porządku, ale pod butem Nidalei nie nadawała się do niczego. Kora udowodniła, że mimo swoich dziwactw ogarnie się, kiedy będzie trzeba. Mimo to, Or wolała jak zwykle działać sama. Sama, sama, sama. Dlaczego w ogóle z nimi szła? Dlaczego ktoś zrobił z nich drużynę? A może by tak poszukać ostatniej płyty na własną rękę?

Dźwięk ucichł.

W tej chwili u pozostałych dziewczyn panowała niezręczna cisza. Im dłużej jest, tym trudniej ją przerwać, toteż żadna nie odezwała się przez piętnaście minut czterdzieści trzy sekundy i siedem setnych (nie powinniście pytać, skąd to wiem, ale skoro jesteście tacy ciekawi... Kora napisała w swoim pamiętniku, że tego dnia pobiła swój rekord milczenia o trzydzieści dwie setne – uwierzyłam, bo miała dobrą pamięć do liczb i łacińskich nazw roślin).

Ori-Ann nie przychodziła już od dawna (w ciągu kwadransa wiele się może wydarzyć), a uczennica Akademii Zielarsko-Przyrodniczej niepokoiła się coraz bardziej.

– Musimy jej szukać! – zasłoniła ręką usta, zaskoczona gwałtownością swoich słów. – Musimy ją odnaleźć – powtórzyła, tym razem łagodniej. – A jeśli jej się coś stało?

Magnolia spojrzała na przyjaciółkę.

– Niestety, Magni. To zbyt niebezpieczne. Wiatr, co wieje nad naszymi głowami jest niespokojny. Coś nam zagraża.

– Coś zagraża Ori-Ann. Musimy ją znaleźć i uratować. To, że rzuca nożami i ogniem i radzi sobie sama, nie znaczy, że nie możemy jej pomóc. Mamy dług do spłacenia – Kora wstała i zanim Nidalei zdążyła krzyknąć: ,,Wracaj!” wpadła na czarodziejkę ognia. – Co... co...

– Hej. Możemy już iść dalej.

– Co robiłaś? Właśnie chciałyśmy po ciebie iść. I…mam nadzieję, że nie jesteś już obrażona. Wyszłaś tak…nagle, zaczęłyśmy się martwić.

– Nie rozumiem, o co chodzi. Czy to teraz ważne?

– Ale po tym, co powiedziała Nidalei, opuściłaś nas na dłuższą chwilę. Myślałyśmy, że się na nas gniewasz albo, że coś ci się stało. Miałyśmy już iść cię ratować.

– Nie ma takiej potrzeby – odparła Or z uśmiechem. – Dziękuję za troskę, ale chodźmy już.

Niepokój został rozproszony, lecz Magnolia miała złe przeczucia. Była pewna, że nadeszły nowe kłopoty.

poniedziałek, 18 września 2017

Wstegeszczu poleca: książki/seriale

Kiedyś byłam typowym molem książkowym - pochłaniałam około trzech książek tygodniowo, a bardziej niż jakość, liczyła się ilość. Starałam się dbać o to, żeby nigdy nie brakowało mi czegoś do czytania i dzięki temu utrzymać poziom literackiego zaspokojenia.
Teraz mogę nazwać się raczej poszukiwaczem książek; coraz rzadziej znajduję zadowalającą lekturę, żyję w ciągłej frustracji (najczęściej pod tytułem ''nie ma już dobrych rzeczy na tym świecie'', ''najwyraźniej nie lubię już książek", "na zawsze straciłam swoją pasję"), frustracji poprzetykanej przebłyskami satysfakcji. Dlatego właśnie, kiedy już znajdę coś dobrego, lubię polecić to znajomym. Przed wami serial i trzy powieści, które mi się ostatnio spodobały. Ale zacznijmy od końca:
Kot alchemika Waltera Moersa to, jak określił autor, "baśń kulinarna z Camonii", mamy więc coś na kształt high fantasy, wymyślony, niezależny od naszego świat, a w nim miejsce akcji - Sledwayę, miasto zamieszkane prawie wyłącznie przez chorych. Książka opowiada o wygłodniałym, żyjącym na ulicy krocie imieniem Echo (kocie różniącym się od innych umiejętnością mówienia oraz posiadaniem dwóch wątrób), który otrzymuje od alchemika Eissipina następującą ofertę: miejski przeraźnik Eissipin będzie dostarczał krotu jedzenie i rozmaitych rozrywek, ale po miesiącu zabije go i wygotuje z niego niezwykle cenny tłuszcz. Czytając, obserwujemy upływający czas i swego rodzaju pojedynek pomiędzy Echem a alchemikiem. Do zalet książki należy bujna wyobraźnia autora, bogaty język, rozbudowane opisy potraw, a także klimatyczne ilustracje autorstwa samego Moersa. Niestety niektóre zwroty akcji są wymuszone, a samo zakończenie nie przypadło mi do gustu. Mimo to było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie.
Mort to czwarta część słynnej serii o Świecie Dysku i pierwsza z cyklu o Śmierci, (jeżeli jeszcze Terry'ego Pratchetta nie czytaliście, możecie zacząć właśnie od niej). Powieść opowiada o terminatorze Śmierci, którego zadaniem jest wysyłać dusze w zaświaty. Z początkowymi przypadkami poradził sobie nieźle, ale nie dał rady ukrócić życia pięknej księżniczki, przez co równowaga i przeznaczenie ulegają zachwianiu. Uwielbiam absurdalne poczucie humoru Pratchetta i uważam, że jeżeli ktoś chciałby zrobić wyciąg najlepszych cytatów, musiałby przepisać książkę od początku do końca. Wielkim plusem tej części jest Śmierć, który pojawia się naprawdę bardzo często.
Następnie polecam Sokoła Maltańskiego Dashiella Hammeta - klasyk czarnego kryminału, o którym dowiedziałam się dzięki Wikipedii (jeżeli też kiedyś znalazłeś dobrą książkę dzięki tej zacnej encyklopedii, napisz w komentarzu). W biurze detektywistycznym Archera Milesa i Samuela Spade'a pojawia się niejaka panna Wonderly, która zleca odnalezienie swojej siostry. Dalej opisywać nie będę, bo akcja od razu gwałtownie przyspiesza; już po pierwszych stronach nic nie jest takie, jakim się wydawało. Jeżeli wcześniej miałam do czynienia z kryminałami, były to powieści detektywistyczne, w których bohater rozwiązywał sprawę dzięki logice i dedukcji. W świecie czarnego kryminału każdy, łącznie z detektywem ma coś na sumieniu,  a dobro i zło w czystej postaci w zasadzie nie istnieją. Sokół maltański to kwintesencja sensacji; w każdym rozdziale ktoś dostaje w twarz, składa propozycję nie do odrzucenia, trafia do aresztu, umiera,  lub przynajmniej zostaje uwiedziony przez zabójczo piękną femme fatale. Jeżeli dodamy do tego jeszcze cynicznego, twardego Spade'a, otrzymamy książkę (prawie?) idealną, od której nie można się oderwać.
Dreszczyk emocji (i nie tylko to) można także przeżyć oglądając Fargo (nie widziałam jeszcze pozostałych dwóch sezonów, ale pierwszy jest tak dobry, że MUSIAŁAM o nim napisać). Jest to historia o serii morderstw w USA w stanie Minnesota. Psychopatyczne osobowości, groza i małomiasteczkowy klimat, wszystko umieszczone w zimowej scenerii. Mnóstwo intrygujących postaci, takich jak Lester Nygaard (Martin Freeman) - agent ubezpieczeniowy, tchórz i nieudacznik, która ma dość bycia poniżanym przez innych, Lorne Malvo - manipulant, morderca i uosobienie zła, Molly Solverson, której kibicowałam - policjantka z niezachwianym kręgosłupem moralnym i wielu innych. W tej krótkiej historii przypowieści i wątki metafizyczne przeplatają się ze śmiesznostkami codziennego życia.
To już wszystko na dzisiaj, jeżeli doczytałeś do końca, powiedz co myślisz o tym poście. Może znasz którąś z książek lub serial? (jeśli tak, podziel się wrażeniami)



niedziela, 10 września 2017

"Cztery" Rozdział 6

Dochodziło południe, ale w cieniu drzew panował chłód. Szły żwawym krokiem nie odzywając się do siebie. Nidalei się obraziła, Magnolia nie wiedziała, co powiedzieć, Kora śpiewała dalej o kotletach mielonych, a Ori-Ann podrzucała swój nóż do góry. Las się przerzedził, szły po płaskim terenie. Mijały mrowiska, dziuple i gniazda, co chwilę jakaś gałązka pękała pod ich stopami. Słychać było szum płynącej wody. Jednak mimo tego, że przeżywały przygodę bez nauczycieli, lekcji i obowiązków, za to z magicznymi mocami i pięknymi widokami, mimo tych wspaniałości po kilku godzinach jednostajnego marszu przestały mieć ochotę na cokolwiek.

– Dokąd idziemy? – zapytała Magnolia.

– Nie wiem – Ori-Ann przystanęła na chwilę.

– Jak to: nie wiesz – Kora uniosła rękę w oburzeniu. – Myślałam, że nas prowadzisz.

– Żeby was prowadzić musiałabym zrozumieć ten głupi wierszyk – Ori-Ann schowała nóż. – No dalej, wytłumacz mi.

– Dajcie mi się zastanowić – rudowłosa przyłożyła rękę do skroni. – ,,Dwie znajdziesz w przeciwnych.” ,, Dwie znajdziesz w przeciwnych.” Co to może znaczyć? Dwie, oczywiście chodzi o płyty. Przeciwne to przeciwieństwa. To znaczyłoby, że jedna płyta jest na lądzie, a druga w wodzie. Ale to i tak niczego nie wyjaśnia! Nie mam pojęcia, gdzie to jest.

– Idziemy dalej – Ori-Ann poszła dalej.

– To dobry pomysł – stwierdziła Kora. – Zatrzymajmy się wtedy, kiedy coś wymyślimy. Albo na obiad.

Nidalei powiedziała, że nie mają szans odnaleźć małej płyty, chodząc po lesie i oczekując, że na nią wpadną, ale z braku pomysłu ruszyła za Ori-Ann, Magnolią i Korą.

Las wciąż się przerzedzał, aż w końcu znalazły się na pasie gołej ziemi. Było dziwnie ciepło, a z każdym krokiem żar wzmagał się i wzmagał.

– Zostało nam jeszcze trochę wody? – zapytała Nidalei. – Chyba zaczynam się gotować – dodała ze zbolałą miną.

W odpowiedzi Magnolia rozczapierzyła ręce i z każdego palca trysnęła świeża woda, szybko jednak wyparowała. Chwilę później zauważyły strome zbocze i wąwóz. Podeszły blisko krawędzi i spostrzegły niezwykłą rzecz: w dole płynęły dwie rzeki, jedna pełna wody, druga pełna lawy.

– To niemożliwe – Kora wytrzeszczyła oczy. – To znaczy, czytałam już o takich zjawiskach…

– To jest niesamowite – wyszeptała Ori-Ann, ale zaraz potem dodała rzeczowo. – Musimy przedostać się na drugą stronę. O, tam tam coś widzę. Może nam się przydadzą.

Czarodziejka ognia miała na myśli dwie kolumny stojące po jednej w każdej rzece, sięgające szczytu urwiska. Dziewczyny poszły tam i zaczęły myśleć. Kora utworzyła most z gałęzi, które niestety spopieliły się. Wtedy z rąk czarodziejki wody zaczęły się sypać bryły lodu, Nidalei siłą wiatru utrzymywała je w powietrzu. Nic już nie przeszkadzało Korze utworzyć mostu z gałęzi.

Nie miały teraz wiele czasu. Ori-Ann zaoferowała, że przejdzie pierwsza. Ostrożnie stawiała stopy na gałęziach, wiedząc, że jeśli spadnie, zginie. Kiedy patrzyła w dół, czuła się, jakby stała na dachu wieżowca. Gorzej, bo dach jest przynajmniej stabilny. Co prawda Kora przysięgała, że użyła najtrwalszego materiału z wierzbitki malinej, choć pewnie tylko po to, żeby nie iść najpierw. Tchórz. One wszystkie były tchórzami. Oby tylko nie spadła... Udało się. Dotarła do pierwszej kolumny. Sprawdzając, czy wytrzyma ciężar ciała, stanęła na niej. Obok swoich stóp zobaczyła niebieską ćwiartkę płyty.

,,Dwie znajdziesz w przeciwnych”.

A więc o to chodziło. Kątem oka dostrzegła czerwoną plamkę na drugiej kolumnie. Woda w ogniu, ogień w wodzie. Tylko dlaczego Goldrea nie atakuje? Ori-Ann przedostała się na drugą stronę, zabierając trzeci kawałek kamiennej płyty. Tymczasem Magnolia ostatkiem sił wytworzyła bryły lodu. Kora przeszła druga, Magnolia trzecia. Nidalei wzbiła się w powietrze i przeleciała nad mostem.